Jarosław Frąckiewicz zastanawia się nad podziałami i stereotypami w polskim kajakarstwie. Stara się odpowiedzieć na pytanie kim jest tytułowy "szuwarek".

W toku burzliwej dyskusji wokół ostatniego numeru „Wiosła”, niektórzy z jej uczestników nie przebierali w słowach. Z całego szeregu niewybrednych epitetów, moją uwagę przyciągnęły wyrażenia „szuwarki”, ”peteteki”. Zastanowiłem się od razu, czy udałoby się rozpoznać wśród braci kajakowej owych „szuwarków” i znaleźć źródło, skąd mogłyby wypływać takie określenia. Skoro są one używane, to niewątpliwie coś znaczą, muszą opisywać jakieś zjawiska naszego współczesnego kajakarstwa.

Na pozór zadanie wydaje się łatwe. Pomaga w jego rozwiązaniu prosty, banalny przykład. Mam młodego znajomego. Dostał do ręki nowy numer ”Wiosła”. Przerzuca machinalnie stronę za stroną, zatrzymuje się dopiero przy dziale „Górskie kajakarstwo”. Przysiada, czyta.

Sprawa jasna. Pojawił się i utrzymuje podział na kajakarstwo górskie, któremu przeciwstawione zostało kajakarstwo nizinne. W górskim kajakarstwie z natury rzeczy pierwsze skrzypce grają młodzi, a na nizinach najczęściej spotkasz starszych. Zarysowany podział wzmacnia się różnicą pokoleniową. A jeśli do tego doda się sprzęt, jaki obie strony używają, organizację wypraw i cały kompleks spraw zwany logistyką, to nie ma się czemu dziwić, że młodzi kajakarze bez żadnych zahamowań stawiają niżej pływanie na nizinach, lokując tam podstarzałych, niemodnych i staroświeckich „szuwarków”.

Nie odkrywam niczego nowego, mówiąc że kajakarstwo jest jedno. Nie ma podziału na kajakarzy nizinnych, górskich, morskich i jakich tam jeszcze. To tylko u początków pływania wydaje się, że są tu jakieś szczególne dyscypliny. Dzieli kajakarstwo tyko ten, kto chodząc choćby i przez dziesięć lat po „białej wodzie”, przyjął odpowiednią ksywkę, wyekwipowany w cuda chemii, dufny w siłę plastykowej technologii, poczuł się kimś innym wobec całej reszty, a zwłaszcza kimś różniącym się od nizinnych ”szuwarków”.

Ktokolwiek z nas, mający za sobą pierwsze 20 tysięcy kilometrów, jest już kajakarzem opływanym na nizinach, w górach i na morzu. Praktyka pływania podczas dziesięcioleci jest taka, że przechodzi się z jednego szlaku na drugi, stawia się sobie coraz to nowe wyzwania, podnosi wyżej poprzeczkę. Korzysta się z coraz bogatszych możliwości, ma się coraz więcej znajomych, propozycje pływania sypią się z różnych stron i raptem okazuje się, że pływasz wszędzie, po różnych wodach. Co ma powiedzieć o „podziale” znany nam „sześćdziesięciotysięcznik” Olek Doba, którego jest pełno na wszystkich możliwych wodach. Dla niego, jak myślę, tylko okoliczności, przypadek decyduje, gdzie, na jakim akwenie pływa. I ja sam, zaledwie „trzydziestotysięcznik”, w zeszłym roku byłem miesiąc w górach Ałtaju, później pływałem we Włoszech i na koniec sezonu wędrowałem brzegami Turcji po Morzu Egejskim.” I nie potrafię już powiedzieć, jakiej „kategorii” jestem kajakarzem. Odpowiadam, że nie rozumiem pytania, bo jestem po prostu kajakarzem. Niech będzie, że dla niektórych pozostaję „szuwarkiem”.

W toku takiego przez wiele dziesięcioleci ciągnącego się pływania, my „szuwarkowie” wiemy już dobrze, że kajakarstwo na nic się nie dzieli, niczego się w nim nie wyróżnia, to tylko ciągle jedno błoto, trzciny, wietrzysko i deszcze bez końca, a w nagrodę kubek kawy przy ognisku. Czyste szuwary. O tym małolaty z kilkuletnią praktyką wiedzieć jeszcze nie mogą, Nie ma się czemu dziwić ani czym zamartwiać. Cierpliwości, wszystko w swoim czasie.

Utrzymując, że kajakarstwo jest jedno, nawiązuję jedynie do starej, „Książeczki kajakowej PTTK”. W niej zamieszczony jest „Regulamin zdobywania odznak kajakowych PTTK”. Zdobywanie kolejno jednej odznaki po drugiej, to właśnie system uczenia się kajakarstwa, traktowanego jako jedna całość. Zaczynało się od pierwszej rzeczki, ale już na srebro trzeba było spłynąć obowiązkowym szlakiem górskim, a poczynając od odznak złotych, jak pamiętam, należało już mieć za sobą wszystkie obowiązkowe szlaki górskie, nie wspominając o obowiązkowych szlakach nizinnych. W książeczce była rubryka ”pływanie morskie”, wysoko punktowana, choć nie wspominało się o jakimkolwiek obowiązkowym szlaku morskim. Trudno, pływaliśmy w innych czasach, skoro do prawdziwych gór było nam wszystkim daleko, to choćby taka Wel czy Radunia zaczęły uchodzić za „białą wodę”. Morze było praktycznie nieosiągalne, ale ustawodawca dobrze rozumiejąc, że pływać trzeba wszędzie, uwzględnił miejsce dla wpisu kilometrów przepłyniętych po morzu. Tak jest, wszyscy, którzy szczycą się Dużymi Złotymi różnych klas, to kajakarze pierwszej wody, wszechstronnie opływani, gotowi popłynąć wszędzie, aby tylko sił starczało. Podział na „szuwarków” i młodszych , nowoczesnych „górali” nie jest zapewne tak łatwy i prosty jak to przedstawiłem. Można dalej szukać jego źródeł, dochodząc już do mniej banalnych odkryć. Mam przekonanie, że „szuwarki” i „peteteki” sygnalizują obecność mniej budujących zjawisk w naszym kajakarstwie, które warto nieco przemyśleć. Stosowanie, używanie takiego nazewnictwa jest moim zdaniem przejawem kryzysu, polegającego na eliminacji autorytetów, mówiąc mniej czytelnie, zaniku etosu w kajakarstwie. Nie może być inaczej skoro zmarginalizowane zostało pływanie wedle reguł zdobywania odznak kajakowych. Mało komu zależy na kolejnej odznace, większość uważa, że pływa wyłącznie „dla przyjemności”, odrzucając z dezaprobatą myśl o pływaniu „dla kilometrów”.

Najłatwiej jest ponownie posłużyć się przykładem, ilustrującym wymownie, o co mi chodzi. Kolega z minimalnym doświadczeniem kajakowym, zabiera się ze mną na krótki, parudniowy spływ, taki sobie spacerek kajakowy. Coś mu drugiego dnia nie pasuje, oburzony decyduje się przerwać spływanie. Kajak na dach samochodu i odjeżdża. Oniemiałem. Na okręcie kula w łeb za taki numer, na jachcie sytuacja też nie do pomyślenia, a u nas w kajakarstwie stało się to rzeczą normalną, niestety.

Trzeba nam ponownie odwołać się do „Regulaminu zdobywania odznak PTTK”. Kajakowanie jest systemem stałego szkolenia się, to niekończące się nabywanie coraz nowych doświadczeń. Dlatego jednych bardziej się poważa, innych mniej. Nie bez powodu doświadczonego kolegę wysłucha się uważnie, jego zapyta się o radę, a nowicjusz będzie skromnie czekał na swoją kolejkę, jego pora jeszcze nie nadeszła. W kajakarstwie jak na okręcie, decyzja należy do tego, kto więcej umie. Pływanie z „Książeczką kajakową” wprowadzało ład, porządek, mało kto wybiegał przed szereg. Kajakarstwo naznaczone było swoistym etosem, prawdziwych kajakarzy rozpoznawało się od razu, do nich odwoływała się cała reszta. Ta szczególna hierarchia ważności, jeśli tak można powiedzieć, tworzyła żywą tkankę kajakarstwa, dzięki niej kajakowanie stawało się prawdziwą przyjemnością.

Nie chcę bynajmniej idealizować przyszłości, słyszało się nierzadko i dawniej deklaracje, że „pływam nie dla kilometrów tylko dla przyjemności”. Ja całe lata pływałem z przyjaciółmi, którzy wręcz z zasady nie zbierali punktów, książeczkę mieli za nic. Nie byłem tym zachwycony, co prawda, ale nic na to nie mogłem poradzić, nie szkodzili. Byli w mniejszości, dla takich kajakarzy, „rycerzy Brdy i Wdy” jak ich nazywałem, pływanie po stale tych samych szlakach całkowicie wystarczało. Mieli własne wyobrażenia jak pływać i o żadnych innych standardach kajakowania nie chcieli słyszeć. W tej grupie mogli gnieździć się protoplasci współczesnych „szuwarków”.

Obecnie wszystko się zmieniło i pomieszało, przyszły czasy radykalnie nowe. Pływanie w klubach mało kogo przyciąga, skoro dostęp do rzeki stał się niezwykle ułatwiony. Prawie każdy ma samochód, wrzucić na dach kajak – żadna trudność. Wypożyczalni kajakowych nad renomowanymi szlakami wyrosło jak grzybów po deszczu. Nad Brdą, omal w każdej zagrodzie przy rzece - kajak do wypożyczenia. Tylko siąść i pływać. I ruszyli ławą nad rzekę kajakarze różnej maści. Narodziło się i nasiliło pływanie weekendowe, rodzinne, partnerskie. Skali tego zjawisk nikt pewnie nie ogarnął. Trudno jednak zaprzeczyć, że to żywiołowe, spontanicznie organizujące się pływanie, stało się trzonem naszego współczesnego kajakarstwa. Ja sam od dawna pływam w grupie „TT”, nieformalnie zawiązanym turystycznym bractwie, nastawionym na przygodę i turystykę, ruszającym na kajaki gdy tylko czas i pora.

To pięknie, że tak szeroko spopularyzowało się kajakarstwo. Ale jest i ciemna strona tego zjawiska. Teraz każdy pływa jak chce, wedle swego widzimisię. Hulaj dusza bez kontusza! Nie ma żadnych zasad, nikt nie jest w stanie niczego na drugim wymusić. Każdy pływa wyłącznie „dla własnej przyjemności”. Toteż są tacy, których „kręci” jedynie bystra woda, więc pchają się tam, gdzie coś się na rzece dzieje. Unikają jezior, bo nudne, męczliwe. Innym wystarcza pływanie nie dłuższe aniżeli trzy dni, ciągle niepokoją się o pogodę. Wchodzenie w świat kajakarstwa odbywa się według własnych wyobrażeń i projektów, autorytety nie istnieją, nie są potrzebne Doświadczenie przestało się liczyć. Misterna, niewidoczna a przecieŜ ważna relacja Ja-Ty zanikła. Nikt nikogo nie posłucha, nikomu na wsparciu się wiedzą bardziej doświadczonego nie zależy. Każdy jest głuchy, gdy usłyszy, że od niego czegoś się wymaga. Kajakarstwo rozsypało się na „sekty”, w których zadomowili się przeróżni guru.

I w tym obszarze, na takiej glebie rodzą się różne „szkoły” kajakarstwa. Każdy wie, jak i co robić. Tutaj można zapoznać się z najdziwniejszymi technikami i sposobami kajakowania, zdziwiłem się niepomiernie, gdy pewnego razu na własne oczy zobaczyłem wkopane w piach wiosło, służące za kotwicę. Nie zaskakuje więc fakt, że w tej masie kajakarzy nietrudno o różnego stopnia dziwolągów, dla których nazwa „szuwarek” może być trafną. Byłby nim niedouczony, ale zadufany w sobie kajakarz.

Mamy zatem „przyjemnościowe” kajakarstwo, w którym z zasady, wręcz z definicji, zdobywanie odznak PTTK jest traktowane jako dziwną, niepotrzebna nikomu przypadłość lub czegoś takiego w ogóle nie zauważa się. Temu „rozproszonemu”, ”sekciarskiemu” kajakarstwu nie mogą przeciwstawić się kluby, bo i w nich zdobywanie odznak mało kogo zajmuje. Jak się zorientowałem, u nas w Gdańsku, Komisja Kajakowa przy Wojewódzkim Zarządzie PTTK ma rok w rok coraz mniej roboty przy weryfikowaniu książeczek kajakowych. Miniony rok zakończył się przyznaniem dziesięciu odznak brązowych, tylko brązowych. To już tragedia. W Trójmieście pływa się nieźle, ale nie przekłada się to na ilości przyznanych kajakowych odznak. Po prostu i w klubach Książeczka stała się bezużyteczną.

Do zaniżenia wartości „Książeczki kajakowej” przyłożyli rękę i sami kajakarze, działacze kajakowi. Na fali zmieniania wszystkiego, aktyw kajakowy zdecydował, że w zdobywaniu odznak kajakowych liczyć się będą odtąd tylko kilometry, punkty zostały zlikwidowane. Zamiast dopasować Regulamin do nowych warunków, w jakich znaleźli się kajakarze, bo przed nimi otworzyły się możliwości, o jakich nam się nie śniło, wszak dostępne stały się prawdziwe górskie szlaki i morze, to ograniczono się do ‘uproszczeń”, komplikujących zapis pływania. Wspomnienie o uprawnieniach przodownickich, budzi od razu wisielczy humor. Stopnie przodownickie były drugim filarem uczenia się kajakarstwa widzianego jako jedna całość. I to wszystko zaprzepaszczono. Piękną, tradycyjną nazwę "przodownik turystyki kajakowej" wyparł groteskowy tytuł "instruktor rekreacji i wypoczynku". Przodownik, a kto to taki zapytają? Jego miejsce zajmuje teraz posiadacz glejtu uprawniającego do prowadzenia spływów kajakowych.

Nie ma się zatem czemu dziwować, że mamy to co mamy – żywioł tworzący się z zupełnie sobie obcych i obojętnych atomów-kajakarzy. Jest to żywioł wielobarwny, różnorodny, rozdokazywany i rozrywkowy, gleba dla „szuwarków”, ale w rzeczy samej żywioł ślepy i pusty. Czy uda się kiedykolwiek ten stan rzeczy zmienić?

Jarosław Frąckiewicz

Bartosz Sawicki -- 11.06.2010 o 15:20 -- 35 koment.

komentarze

12.06.2010 o 07:38

Kompleksy?

*j

12.06.2010 o 09:31

Trudno się nie zgodzić z ogólną wymową artykułu, jednak, kiedy zagłębiam się w szczegóły zgody jakby coraz mniej. Wynika to z tego, że ja również jestem z jakieś tam szkoły ;-) Nie wiem, co skłoniło Jarosława do napisania tych gorzkich słów? Wydaje mi się natomiast, że mogą wywołać na kajak.org niezłą zadymę ;-) W jeszcze większe zdumienie wprawił mnie Bartek, który umieścił artykuł na stronie ;-)
Ale do rzeczy, postaram się odnieść do tez zawartych w artykule, z którymi się nie do końca zgadzam, do tych, które wywołują u mnie sprzeciw, ale też do takich, które jak najbardziej budzą moją aprobatę.
Jeśli chodzi o niepochlebne komentarze dotyczące ostatniego Wiosła, to jestem w stanie zrozumieć oburzenie prenumeratorów. W końcu prenumerata to rodzaj umowy między wydawcą i prenumeratorem. Tutaj na dalszy plan schodzą trudności wydawcy, klient płaci klient wymaga.
Jeśli chodzi o młodszego kolegę Jarka, nic w tym dziwnego, że zainteresował go art. o k.g. Młodzież w świecie pełnym wszelkiej maści papki medialnej reaguje na mocniejsze bodźce, lubi wyzwania, ale to chyba nie jest do końca złe?
Zgadzam się z podziałem kajakarstwa na górskie i nizinne, dodałbym jeszcze morskie. Ten podział zarysował się szczególnie mocno ostatnimi czasy. A to dlatego, co Jarek również zauważył, że dzisiaj górskie i morskie w końcu można uprawiać nie tylko na polskich akwenach. Nie zgadzam się natomiast totalnie z tym podziałem, że młodzi góry, starzy niziny i że dodatkowo podział wzmacniają różnice pokoleniowe. Podział owszem jest, ale tworzą go różnice w wyszkoleniu. Kajakarstwa górskiego nie można uprawiać, bez wyszkolenia. Kajakarstwo nizinne jak najbardziej. Młodzież czy tego chcemy, czy nie, uczy się chętniej, choć ciągle chcielibyśmy widzieć to inaczej ;-) Dlatego jest jej relatywnie więcej w k.g., które właśnie nauki wymaga. Niestety, a w zasadzie to dobrze, ale ta młodzież nie udziela się w dyskusjach pod artykułami. Tutaj najczęściej dyskutują ludzie, nazwijmy ich 40+, którzy mniemają, iż nadszedł czas, aby swoimi mądrościami dzielić się z innymi ;-)
Zgadzam się, że kajakarstwo jest jedno, czy Jarek tego chce, czy nie, dzieli się jednak ono na różne odmiany, a nawet w nich można wyłonić specjalistyczne kierunki i dobrze. W dzisiejszym świecie na wskutek coraz większych możliwości, np. technicznych, coraz większej wiedzy i potrzeby zdobywania ich, mamy do czynienia z coraz większą specjalizacją. Nie omija ona również kajakarstwa.
A skoro specjalizacja jest faktem, to i podziały są jej naturalną konsekwencją, choćby z uwagi na różnice w wyposażeniu (cuda chemii). Oczywiście jeśli służą one jedynie kajakarzom do podkreślenia swojej odmienności (wyższości) stają się jedynie akcesoriami niespełniającymi swojego przeznaczenia.
Ogromna część artykułu Jarka, to jakaś tęsknota za systemem, który najzwyczajniej nie wytrzymał próby czasu. System odznak, stopni przewodnickich etc. nie jest dzisiaj kuszącą propozycją dla braci kajakarskiej, ale nie czarujmy się kiedyś też nim nie był, o czym sam Jarek wspomina. Dzisiaj szukanie winnych tego stanu rzeczy nie ma najmniejszego sensu. Najogólniej można powiedzieć, że winę ponosi fikcyjność samego systemu, jego błędne założenia, oraz jakakolwiek jego przydatność w dzisiejszych czasach.
Hierarchizowanie kajakarzy ze względu na ilość przepłyniętych kilometrów, zdobyte odznaki, czy zdobyte uprawnienia, pomijając, że samo w sobie jest błędem, niczego sensownego nam nie mówi.
Można przepłynąć 100 tyś. km i być nogą w kajakarstwie, choć na pewno będzie się osobą opływaną. Zdobywanie odznak jest bardziej odzwierciedleniem próżności jak odzwierciedleniem umiejętności. Natomiast uprawnienia stają się pożądane, kiedy są przydatne. Nowa ustawa o sporcie, zdecydowanie określa przydatność uprawnień w turystyce, a w zasadzie ich nieprzydatność ;-)
Niestety kajakarze sami muszą określić własne potrzeby, natomiast różnej maści organizacje mogą jedynie wyjść naprzeciw tym potrzebom. Wszelkie próby narzucania skończą się fiaskiem.
Dobrą propozycją w tym kierunku jest Polski System Kwalifikacji Kajakowych, który rodzi się w bólach. Niestety póki co, proponowany system nie do końca odpowiada społecznemu zapotrzebowaniu. Zaangażowanych w jego powstanie jest zbyt mało podmiotów, które jednocześnie byłyby jego beneficjentami.
Nie czarujmy się też, że nastąpi jakiś bum na szkolenie się. Byłoby to zresztą nielogiczne, po co osobie, która raz w roku przepłynie się po Brdzie czy innej rzeczce, a tych osób jest najwięcej, choćby najmniejsze szkolenie?
To przykre, że w czasach podłego żarcia, płytkich sitcomów, medialnej sieczki, pojawiło się też tak zwane lajtowe kajakarstwo. Taki znak czasów, czy możemy coś zrobić? Oczywiście, że tak. Wymaga to od nas włożenia ogromnej ilości pracy, póki co, nikomu niepotrzebnej ;-) Jeśli okaże się, że w przyszłości trafi ona w zapotrzebowanie chociażby niewielkiej grupy ludzi, to już będzie to ogromny sukces.
Trudno się z Jarkiem nie zgodzić, że mamy do czynienia z upadkiem autorytetów, niechęcią do szkolenia się, zdobywaniem nowych umiejętności, zmianą relacji. Ale ponownie, możemy to jedynie kontestować, bo nie sądzę, że wiele zmienimy. Co nie oznacza, że nie powinniśmy próbować.

Robert Hankiewicz

12.06.2010 o 10:18

Tekst Jarka jest bardzo ciekawą próbą opisania co zmieniło się w kajakarstwie po zmianie ustroju. Autor stawia tezę, że podział "szuwarki" kontra "przyjemnościowcy" to efekt odrzucenia systemu książeczek PTTK.
Nie zgadzam się z taką diagnozą. Sam jestem dobrym przykładem na to, że zbieranie kilometrów nie jest potrzebne, żeby rozwijać się kajakowo. Mimo, że swoją książeczkę porzuciłem gdzieś w latach 90-tych, dzisiaj uważam się za kajakarza dosyć uniwersalnego. Książeczki PTTK wydają mi się raczej systemem lojalnościowym tej organizacji.
Zastanawiam się co mnie popycha do pływania po nowych szlakach, na innych rodzajach łódek. Z pewnością nie jest to zbieranie kilometrów. Myślę, że jest to zwykła ludzka ciekawość.
Zgadzam się natomiast, że problemem jest zanik autorytetów. Kiedyś w każdym klubie byli doświadczoni kajakarze, którzy pokazywali drogę młodszym kolegom. W dobie kajakarstwa indywidualnego jest z tym znacznie trudniej. Mam nadzieję, że powstający PSKK (o którym już wspomniał Robert) będzie jakimś lekarstwem na tą bolączkę.

Bartosz Sawicki

12.06.2010 o 19:13

Ten tekst jest ważny przez osobę Autora, którego doświadczenia, umiejętności organizacji wypraw, odwagi i zdolności radzenia sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami nikt negowac nie może. Ale nie wydaje mi się, żebym widział tu jakąkolwiek rzeczywistą diagnozę. Nie ma podziału na "szuwarków" - zresztą skąd to określenie? - i "górali".
Problem, którego dotyka, ale z zupełnie dziwnej strony, ten tekst, to stara już dyskusja na temat "wiedza" czy "doświadczenie". Autor twierdzi, że doświadczenie pozwala zdobyć wiedzę i umiejętności. Ja twierdzę, że nie pozwala, a przywołany przykład Olka Doby jest tego wręcz modelowym przykładem. Wszyscy pływający w górach wiemy, jak Olek pływa: technicznie bardzo przeciętnie. Mogę wymienić kilku kolegów z klubu, którzy po 5 latach pływania są od niego dużo lepsi. I to jest problem, który boli Autora: chciałoby się być supermanem od wszystkiego, a tu przychodzi młodziak, który nie przepłynął nawet 5000 km, nie ma książeczki, a pływa rzeki, o których my, starzy mówimy: to jest niespływalne. Cóż - c'est la vie, trzeba się pogodzić z tym, że kajakarstwo się zmienia i rozwija.
Osoba Autora wymaga odniesienia się do tego tekstu z należytą uwagą i skomentowanie go ze starannością. Niestety – forma tej strony, a w szczególności małe okienko do komentarzy i fakt, że pojawią się obok, w trudnej do zestawienia z tekstem wąskiej kolumnie, bardzo utrudnia mi polemikę. Postaram się znaleźć chwilę i przeanalizować głębiej te uwagi, które rzucam tu bardzo „na chybcika”.

~*j

13.06.2010 o 10:47

Twierdzenie że "kajakarstwo jest jedno" wydaje mi się mocno anachroniczne.
Taka ilustracja z historii innej dyscypliny;
W 1909 roku Olav Bjaaland był nie do pokonania zarówno w biegach, skokach i zjazdach narciarskich. Co więcej we wszystkich konkurencjach startował na takim samym sprzęcie. Dziś nikt rozsądny nie postawi skoczka na trasie alpejskiej czy alpejczyka na biegowej. Wyobrażam sobie że gdzieś w latach trzydziestych narciarze prowadzili podobną dyskusję o jedności narciarstwa.
Ja uważam się za niezgorszego kajakarza morskiego i nizinnego, ale po rzekach górskich nie pływam bo nie potrafię.

Malutki

13.06.2010 o 13:48

Jedyne co łączy wszystkie rodzaje kajakarstwa to nazwa ,,kajakarstwo,,reszta się różni,nawet czesto wiosło bywa inne,nie mozna przyrownywac kajakarstwa nizinnego szlakowego nawet do zwałki,a co dopiero do górskiego,z innym sprzętem wiedzą,jak i umiejętnosciami,wszyscy wiemy ze młody człowiek zapisze sie do klubu,całą zime potrenuje na basenie w kajaku do rodeo,i po krótkim okresie adaptacji bedzie lepiej pływał na rzekach górskich,jak nie jeden wieloletni kajakarz na ,,bananie,,zabrzmi to moze troche brutalnia,ale dobrze jest tak jak jest,wole rozwój niż zastój spowodowany minioną epoką,przepraszam za bledy :)

~Kiler

13.06.2010 o 16:11

Nie wiem czy dobrze rozumiem przesłanie całego ciekawego artykułu.
Ja osobiście bardzo się cieszę, że czasy wielkich ogranizacji, odznak, książeczek i jedynej słusznej linii już minęły.
Fakt - z pewnością łatwo i szybko można było ocenić - dobry czy zły kajakarz, ile odznak, ile kilometrów, itp., swój czy nie swój. Dodajmy do tego bardzo utrudniony dostęp do sprzętu, lokali, samochodów, itp. i już mamy raj dla działaczy - ileż to dawało możliwości! A teraz? Kupi sobie jeden czy drugi nowoczesny, drogi kajak, wiosła i ciuchy i pływa gdzie chce bez pytania! Skandal!
I uważam, że tak właśnie ma być: KAŻDY MOŻE PŁYWAĆ JAK CHCE I GDZIE CHCE. Jeżeli człowiek będzie chciał się szkolić to znajdzie mądrzejszych od siebie i będzie się uczył, równie dobrze bez działaczy, odznak i książeczek. Jeżeli będzie chciał całe życie pływać po tej samej rzece odwrotnie trzymając wiosło - niech pływa. Dopóki nie szkodzi innym, nikt nie ma prawa mieć jakichkolwiek pretensji. Jak się utopi z braku umiejętności lub przez głupotę - jego sprawa.
Doskonałym przykładem, że najważniejsze to MIEĆ WYBÓR jest SKK. Tworzą go m.in. ludzie, których cenię, ale sama idea nie bardzo do mnie przemawia. Piękne jest to, że (póki co) nikt mi tego nie narzuca - mogę się w to włączyć ale mogę też być obok i pływać i uczyć się tak jak mi pasuje.
A lamenty jak to kiedyś było super, a jak teraz jest źle - słychać wszędzie, w każdej chyba dziedzinie życia. Zawsze młodzież kiedyś była lepsza, jedzenie zdrowsze, ludzie bardziej życzliwi, itp.
Ktoś kiedyś fajnie powiedział, że to nie tęsknota za dawnymi czasami tylko tęsknota za młodością.

~Radek

14.06.2010 o 23:11

A co z kajakarstwem regatowym? Wyczynowców - amatorów, w specjalistycznym sprzęcie jest coraz więcej. Co widać choćby w Grand Prix PZKaj.

~bukinek

23.06.2010 o 09:03

"Z całego szeregu niewybrednych epitetów" pisze autor. To jakaś szkółka niedzielna? W dyskusji pojawiają się ostre słowa, ale szeregu i to niewybrednych epitetów to ja tam nie znalazłem. Może raptem dwa?
A obrażanie się na rzeczywistosć do niczego nie doprowadzi. Kajakarstwo w wielu odmianach stało sie powszechne i nic tego już nie zmieni. Bedzie istniało różnobarwne, rozdokazywane i rozrywkowe towarzystwo. Żywioł pusty i ślepy?
Tak bedzie zawsze na spływach masowych, często robionych także przez PTTK. Ja cieszę sie z jednego. Nie muszę zdobywać szlifów kajakarskich na coraz trudniejszych rzekach (moge zacząć np od średnio trudnej), nie mam presji otoczenia na jakieś tam ksiązeczki. I co ważne moge wbić wiosło w piach i przywiązac do niego kajak. Moje to wiosło i mój kajak. Nie muszę uczestniczyć w tzw obrzędowości, słuchac komandorów, sekretarzy i uroczystych otwarć i zamknieć spływów.
I tak dla wyjaśnienie. Mam 50 lat, pływam z różnym natężeniem od 30, nie po górskich rzekach, ale to co lubie to zwałki, trudniejsze rzeki turystyczne robione spływami kilkudniowymi. I nie pływam w koszuli flanelowej :)

~nom

23.06.2010 o 09:16

"I co ważne moge wbić wiosło w piach i przywiązac do niego kajak. Moje to wiosło i mój kajak."
Możesz też pluć na podłogę i smarkać w palce ;-)
Taki sam obciach.

~*j

23.06.2010 o 09:49

Z czystej ciekawości i ku nauce mej.
1. Ten obciach z wbijaniem wiosła w piach to taka tradycja, czy ma jakieś uzasadnienie?
2. I druga rzecz: plucie na podłoge i smarkanie w palce jest tożsame z wbijaniem wiosła w piach? Bo plucie i smarkanie jest dla mnie przykładem złego wychowania.
Co prawda, nigdy nie wibijałem (z braku takowej potrzeby) wiosła w piach, ale moge to zacząć robić i być narażony na potępienie i ostracyzm jednie słusznej linii kajakowania.

~nom

23.06.2010 o 11:11

Ja też nie znam tego zakazu wbijania wiosła w piach. Nie dalej jak tydzień temu, na Wkrze, przy pomocy płachty brezentowej, i czterech wkopanych pagajów zrobiliśmy sobie bardzo ładny daszek od słońca. Polecam każdemu :)
Ten zwyczaj to pewnie jakaś zaszłość z czasów, w których wiosła były kawałkiem sklejki przybitym do drąga. Dzisiejsze wiosło jest mocniejsze od niejednej łopaty ;)

Bartosz Sawicki

23.06.2010 o 20:33

A pływanie we flanelce też podlega jakimś regułom?

~anonimowy kajakoholik

23.06.2010 o 20:39

Ech, niektórzy ludzie są coraz śmieszniejsi...
Ja kiedyś wbiłem wiosło w bagnisty brzeg żeby mi kajak nie uciekł. Nie wiem czy to tak samo jak z piachem? :-D

~Radek

24.06.2010 o 00:35

"...plucie na podłoge i smarkanie w palce jest tożsame z wbijaniem wiosła w piach? Bo plucie i smarkanie jest dla mnie przykładem złego wychowania..."
A używanie wiosła jako palika do cumowania kajaka jest przykładem złego wychowania kajakowego. O to mi chodziło. Jeśli spotkasz na wodzie gościa, który popija piwko, a puszki ciska w krzaki, to możesz byc pewien, że to raczej on, a nie kajakarz w stylu Jarka, będzie przywiązywał kajak do wbitego w ziemię wiosła i nie szanował sprzętu - bo albo "to jego sprzęt", ale "wprawdzie nie jego, ale przecież on płaci i wymaga - najwyżej odkupi, jak zepsuje". Brak wychowania to brak wychowania: przejawia się zarówno w pluciu na podłogę, ciskaniu petów przez okno samochodu, albo braku szacunku dla etykiety wodniackiej.
BArtek ładnie to ujął: dobre wychowanie to jakaś zaszłość z czasów kiedy...

~*j

24.06.2010 o 08:29

Etyka wodniacka. Ok przyjmuje do wiadomości. Ale wybacz, widzę zasadnicza różnicę pomiędzy wbijaniem wiosła , a rzucaniem puszki. Warto dobierać argumenty tak by miały swoją wagę odpwiednią do sprawy. Podobnie jest z pluciem i smarkaniem.

~nom

24.06.2010 o 09:09

Różnica pomiędzy wbijaniem wiosła, a rzucaniem puszki tylko pozornie jest zasadnicza. Odebrałem Twój pierwszy komentarz właśnie jako ustawienie się w opozycji do "obrzędowości". która właśnie dla mnie jest częścią etykiety wodniackiej. Ona jest jednak jakąś całością obejmującą i dobre wychowanie (pozdrawianie innych osad) i zasady biwakowania (niewyrzucanie puszek w krzaki) i zasady obchodzenia się ze sprzętem (z którą w oczywistej sprzeczności stoi określenie "mój kajak").
Ukłony niskie, salut wiosłem i gala banderkowa.

~*j

24.06.2010 o 09:58

Jeszcze jedno: przypomniała mi się zasada "bo każdy pijak to złodziej" - coś w niej jednak jest ;-)

*j

24.06.2010 o 10:02

Cyt.: "zasady obchodzenia się ze sprzętem (z którą w oczywistej sprzeczności stoi określenie "mój kajak")" Sprzeczność - ciekawe?!? A zgarnianie śniegu z dachu wiosłem, łamie konwenans, czy nie?

~tersprin

24.06.2010 o 10:25

Jestem w opozycji do obrzedowości, ale nie do wszystkich jej elementów. Tam gdzie jest sztucznosć to nie lubię tego. Ale to inny temat.

~anonimowy kajakoholik

24.06.2010 o 10:53

nigdy nie wbijałem wiosła w piach , ale sprawdzę czy to działa.

~bolo

26.06.2010 o 12:13

Istnienie pewnych zasad, które tworzą to coś, co nazywamy tutaj obrzędowością, to jedno i nie ma potrzeby na ten temat dyskutować. Zasady obowiązują w każdej dziedzinie naszego życia, czy tego chcemy czy nie. Ich przestrzeganie, bądź ignorowanie, to rzecz wtórna, a w zasadzie konsekwencja ich istnienia ;-) Jednak ich znajomość, to zupełnie inna bajka. Ja odniosłem wrażenie, że Jarkowi chodzi o to, że ludzie tych zasad nie znają i nawet ich poznać nie chcą.
Stosunek do zasad ich znajomość pomaga nam określić stopień, nazwijmy to, wyszkolenia kajakarza. Dobrzy kajakarze przestrzegają wielu zasad, słabi kajakarze są notorycznymi ich łamaczami ;-)
Natomiast ci, którzy ich nie znają są takimi "szuwarkami". Już wcześniej napisałem i powtórzę to po raz kolejny, "nie każdy, kto siedzi w kajaku jest kajakarzem". Również po raz kolejny dodam, że "czas najwyższy przyjąć to do wiadomości". Jednak po raz pierwszy napiszę, że "szuwarki", też są potrzebne. Zawsze będą miarą dla tych dobrych, ale i słabszych kajakarzy i jednocześnie zapleczem kadrowym dla naszego kajakarstwa, które później niejedno ma imię ;-)

Robert Hankiewicz

28.06.2010 o 10:30

Większość kajakarzy zostanie kiedyś "szuwarkami" - kwestia czasu, kondycji fizycznej, ilości przebytch kontuzji. Mało kiedy sprawność fizyczna dana jest na całe życie, a lepiej popływać "lajtowo" po szuwarach i bagnach niż wcale.

~bolo

28.06.2010 o 23:43

tersprin: "A zgarnianie śniegu z dachu wiosłem, łamie konwenans, czy nie?"
Nie potrafię Panu pomóc.

~*j

30.06.2010 o 00:20

tersprin: Dobre pytanie.
A odpowiedź standardowa.

~Radek

30.06.2010 o 09:15

Widzę Radek, że jesteś moim stałym wielbicielem :-) Należą Ci się z tego względu na pewno większe względy, więc wytłumaczę, jak małemu dziecku: zgarnianie wiosłem śniegu z dachu ma się nijak do etykiety wodniackiej, podobnie wysmarkiwanie nosa w palce przez Messiego na boisku ma się nijak do dobrego wychowania.

~*j

30.06.2010 o 09:33

Dajcie se na luz. Tekst zawiera tyle stwierdzeń godnych polemiki, ze nie warto skupiac się na tym smarkaniu.

~nom

01.07.2010 o 14:18

Nie załapałem? Co jest "smarkaniem"?

~*j

01.07.2010 o 14:36

Przecież to Ty *j o tym smarkaniu w kółko piszesz. A ja proponuje już dać sobie z nim spokój.

~nom

01.07.2010 o 15:06

To w końcu są w tym artykule stwierdzenia "godne polemiki", czy ich nie ma?
A jeśli są, ale akurat nie jest takim stwierdzeniem stosunek do tradycji i innych kajakarzy, to co?

~*j

01.07.2010 o 15:26

Są też inne treści godne polemiki np
1."Z całego szeregu niewybrednych epitetów, moją uwagę przyciągnęły wyrażenia „szuwarki”, ”peteteki”."
Piszacy te słowa zatracił chyba umiejętność oceny co jest "niewybrednym epitetem", a co nim nie jest.
2." Nie odkrywam niczego nowego, mówiąc że kajakarstwo jest jedno. Nie ma podziału na kajakarzy nizinnych, górskich, morskich i jakich tam jeszcze."
Boje się,że jednak autor odkrywa coś nowego.
3." Nie bez powodu doświadczonego kolegę wysłucha się uważnie, jego zapyta się o radę, a nowicjusz będzie skromnie czekał na swoją kolejkę, jego pora jeszcze nie nadeszła."
Rozumiem ,ze autor wskaze nowicjuszowi odpowiedni moment by mógł się o coś zapytac?
4. "Miniony rok zakończył się przyznaniem dziesięciu odznak brązowych, tylko brązowych. To już tragedia."
dla mnie nie ma tragedii.
To tylko kilka przykładów. I żeby sprawa była jasna; nie zgadazjac się z wieloma rzeczami cenie ten głos Jarosława Frąckiewicz.

~nom

01.07.2010 o 15:59

Tak to jest jak kiedys moze bylo sie ,,guru,,kajakarstwa,uczylo sie nowicjusza plywania szlakiem po Drawie,a ten patrzyl ,,oniemialy,,dzis ten nowicjusz woli polietylenowa jedynke,i najchetniej uczy sie na Wietrznicy,czy to zle ? przepraszam za ironie w stosunku do starszego kajakarza,ale to on napisal felieton pelen zalu,mysle ze panu Jaroslawowi troche szkoda tych czasow kiedy byl ,,bardziej,, znany w srodowisku kajakarskim,swiat,kajakarstwo idzie do przodu i na kazdego ,,starego wyjadacza,,przyjdzie czas usuniecia sie w cien,a to boli,nimniej goraco pozdrawiam pana Jaroslawa i zycze kazdemu z nas takiej ,,kondycji,,w plywaniu jaką on ma.

~kiler

01.07.2010 o 22:41

@nom: Kajakarstwo jest jedno. Choc moim zdaniem wygląda nieco inaczej, niż wg J. Frąckiewicza, ale jest jedno. Jak ktoś naprawdę umie, to może wszystko i tylko od jego upodobań zależy, co będzie robił. W tym roku widziałem na Rizanesse pana na oko 6X-letniego, który wprawdzie obniósł 10 metrowy wodospad, ale wszystko inne leciał. Bo umiał. Jestem przekonany, że poradziłby sobie i w Jarze Raduni i na Archipelagu Egejskim. Po prostu umie. Ale on nie używa wiosła zamiast kołka do cumowania kajaka.

~*j

02.07.2010 o 06:55

Kiler, z czego wywnioskowałeś, że Jarkowi szkoda tych czasów, kiedy był bardziej znany, bo z tekstu raczej to nie wynika? ;-)
A osobiście to chciałbym się usunąć w taki cień, w jakim bywa ostatnimi czasy Jarek, Kanada, Egipt, Indie, przemilusio w tym cieniu :D.
Ja również uważam, że kajakarstwo ma jedno nazwisko, ale nie jedno imię ;-)
A wszechstronny kajakarz, pasjonat, który każdą wolną chwilę spędza nad wodą, lepiej lub gorzej popłynie wszystko, a jeśli na dodatek nie liczy na ordery, odznaki i tani poklask, to będzie człowiekiem spełnionym. Czego modelowym przykładem może być wspomniany wcześniej Olek Doba.
W tych starych wyjadaczach cenię też to, że nie marnują czasu na jałowe gadki, tylko realizują śmiałe przedsięwzięcia, których może im pozazdrościć nie jeden młodzian :-)
Z tego co wiem, Olek ponownie szykuje się do przepłynięcia Atlantyku, Jarkowi na pewno pomysłów też nie zabraknie.
Po za tym pozdrawiam :-)

Robert Hankiewicz

07.06.2011 o 15:35

Ewidentnie przeminęły czasy, w których w sprawach działalności hobbystycznej rządziły wielkie organizacje ogólnokrajowe wraz z całym aparatem biurokracji i kontroli. Wszystko stało się o wiele łatwiej dostępne - pływanie kajakiem też. Powstają małe grupy, które łączy podobna wizja i możliwości. Myślę, że wszyscy W SWOIM ZAKRESIE chcą się doskonalić. Dla niektórych (w tym dla mnie) będzie to tylko poziom rycerza paru rzek. Pytanie: Co jest złego w rekreacyjnym "przyjemnościowym: pływaniu? Dlaczego pojawiają się takie określenia jak "kula w łeb", gdy ktoś chce wcześniej wrócić ze spływu? Dlaczego wbijanie wiosła w piach jest uważane za jeden z głównych problemów osoby nie umiejącej poruszać się kajakiem w sposób bezpieczny? Dlaczego tak łatwo stawia się na piedestale fałszywego bożka obrzędowości najlepiej jeszcze obwieszonego złotymi odznakami z bogato wypełnioną książeczką - coby zadowolić starszych kajakarzy? Jak dobrze, że jest portal taki jak ten. To właśnie okazja dla "szuwarka" takiego jak ja by dowiedzieć się jak trzymać prawidłowo wiosło z publikacji "Tao kajaka". A tak przy okazji - po raz pierwszy właśnie tutaj dowiedziałem się o czymś takim jak gala banderek. Rozbawiło mnie to cudo niemiłosiernie ;) A w temacie autorytetów to prawdziwe autorytety obronią się same i nowicjusze z zainteresowaniem będą ich słuchać. Do tego żaden system awansu nie jest konieczny.

~zimny lin

Moderujemy komentarze. W trosce o jakosc dyskusji usuwamy wulgarne lub niezwiązane z tematem komentarze. Liczba schowanych komentarzy: 2. Zobacz bez moderacji.

Dodaj swój komentarz:
Treść:
Podpis:

Bronimy się przed automatami spamerów, dlatego niezalogowani muszą odpowiedzieć na pytanie:Jeden plus jeden?
Jaką liczbę otrzymam, jeśli dodam jeden do liczby kajaków na powyższym zdjęciu?
 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl