kategoria: szlaki / zagranica


Relacja ze spływu rzeką Umbą na płw. Kolskim AD 2002

Gdzie Słońce nie zachodzi...

Joanna Markowska, Łukasz Harasimowicz haras@op.pl

Relacja ukazała się w "Rzeczpospolitej", w numerze 271/2003

Galeria zdjęć

Platforma prekambryjska, fosforyty, tajga, górskie rzeki... Niewiele informacji o Półwyspie Kolskim można znaleźć w encyklopedii. Zaledwie 60 godzin jazdy pociągiem z Warszawy wystarczy, by dotrzeć w to nie zwykłe miejsce położone za Północnym Kołem Polarnym. Przemierzając półwysep Kolski mam wrażenie, że więcej tu wody niż lądu. Nic dziwnego, skoro obszar ten objęty był niejednym zlodowaceniem, k tórego ślady są dziś bardzo widoczne w krajobrazie. Tysiące, dużych i małych jezior polodowcowych połączone są rzekami i rzeczkami tworzącymi prawdziwą plątaninę. Niestety, zdecydowana większość jezior leży w miejscach, do których nie ma żadnego dojazdu, a o próbach pokonania w jakikolwiek sposób kilkuset kilometrów bagien, aby dostać się na wschodnią część półwyspu, można tylko pomarzyć. Spotkani na dworcu Rosjanie, mieszkańcy 40-tysięcznych Apatytów, pytają z niedowierzaniem "Naprawdę przyjechaliście tu z Polski na wakacje? Co można robić w Obwodzie Murmańskim? Spływać kajakami?".

Apatyty, dokąd dojechaliśmy koleją, leżą u podnóża Chibinów. W górach tych znajdują się złoża apatytów, wanadu oraz boksytów, dlatego na peryferiach miasta sterczą kominy hut aluminium, które pozyskuje się właśnie z boksytów. O złożach informuje nas kierowca taksówki, wiozący nas z dworca nad Umbę.

Umba

Pierwszy kontakt z rzeką robi na nas duże wrażenie. Pod mostem, gdzie rozpoczynamy spływ, rzeka przyspiesza. Białe grzywy na grzbietach fal zdają się cicho mruczeć zdziwione naszą obecnością. Kierowca taksówki czeka chwilę przy moście, czy się nie rozmyślimy. Do Apatytów wraca jednak sam.

Od źródeł w Chibinach do ujścia do Morza Białego Umbę dzieli ponad 150 kilometrów. Jest rzeką o charakterze górskim, dlatego jej bieg uatrakcyjniają progi i bystrza. Progów jest ponad dziesięć, a huk wody spadającej nieraz z dwóch metrów słychać z oddali. Wszystkie progi najeżone są kamieniami, na których załamują się fale, tworząc często półtora metrowej wysokości ścianę wody. Najniebezpieczniejsze są odwoje tworzące się tuż poniżej progów. Woda po spadku wpada w ruch rotacyjny i cofa się ku kamiennej ścianie. Powstaje huczący młyn. Wrzucony do wody kawałek drewna pokazuje nam, jak zachowałby się nasz kajak po wywrotce na progu. Pieniek całkowicie poddaje się sile i naporowi wody. Raz widzimy, jak zalewany spienioną wodą pędzi w stronę głazów, to znów znika i zatacza półkole pod wodą. Z takiego kotła nie sposób się wydostać. W odwojach zginęło już kilka osób, o czym przypominają smutne, szare tablice przybite do skał....

To nasz pierwszy spływ górską rzeką. Jesteśmy świadomi, że odkąd go rozpoczniemy, nie ma odwrotu - teren jest niezamieszkały na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów od rzeki, a przedzieranie się z kajakiem przez zabagnioną tajgę nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Zostaje jeszcze helikopter, tyle że wezwanie go w terenie, gdzie nie ma łączności jest niemożliwe. Poza tym my chcemy pokonać trasę rzeką. Kajaki już przygotowane do drogi, kapoki grzeją plecy. Ruszamy i prawie jednocześnie zaczyna padać. Początkowo jest to drobny deszcz, który z czasem przeistacza się w prawdziwą ulewę. Półwysep Kolski znany jest z dużej ilości dni pochmurnych w ciągu roku - zapowiada się, że tym razem pogoda będzie typowa.

Docieramy to pierwszego i zarazem najgroźniejszego na Umbie progu - Paduna, który w sześciostopniowej skali trudności jest wyceniony na cztery. Woda z wielką siłą opada, tworząc u podnóża progu białą masę piany, wiry i odwoje. Nocujemy na wysokości Paduna, przez cały czas słysząc jego huk zmieszany z kroplami wody bijącymi o tropik.

Ku naszemu zdumieniu nowy dzień budzi nas słońcem i komarami. Środki stosowane w Polsce działają bardzo krótko, pozostaje więc nałożyć moskitierę na głowę i przyzwyczaić się do wszędobylskiego brzęczenia. Pokonujemy serię progów, z których każdy budzi w nas ducha walki. Woda spływa po kamieniach z dużą szybkością, nurt przeskakuje z prawa na lewo, trzeba nadążyć w tym slalomie. Mimo, że siedzimy tylko dwa metry od siebie, musimy krzyczeć, gdzie są kamienie, żeby nie zostać zagłuszonym przez huk spienionej wody. Na szczęście nasze lekkie, dmuchane kajaki typu "Szczuka", rosyjskiej produkcji, dobrze trzymają się kursu, lekko i zdecydowanie pokonują stopnie. Dziób śmiało rozcina wodę. Za progami chwila ciszy - kamieniste mielizny. Trzemy dnem, czasem wchodzimy do rześkiej wody o temperaturze około ośmiu stopni, żeby odciążyć kajaki. W węższych odcinkach, gdzie woda przyspiesza, powstają bystrza. Usiane są potrzaskanymi głazami, które często znajdują się tuż pod powierzchnią wody i dopiero odgłos szurającego kajaku przypomina o ich obecności. Bystrza ciągną się na długości kilkuset metrów; kajak mknie ponad 15 km/h, buja się zalewany ponad metrowymi falami... Adrenalinę, oprócz szybkiego nurtu, fal i kamieni, podnosi także obecność mew. Ptaki zaciekle broniąc swych gniazd zbudowanych na szczycie największych głazów zdenerwowane naszą obecnością próbują dziobać. Poniżej największych progów zatrzymujemy się i rozpalamy ognisko; trzeba wysuszyć mokre rzeczy.

Skaliste przeszkody

Każdy próg kryje skały, często niewidoczne, a przez to groźne dla kajaka i zarazem dla nas. Czasem tylko ich omszałe czubki sterczą ponad wodę, czasem wynurzają prawie całe, szare cielska. Zastanawiając się, skąd w wodzie tyle skał, należy sięgnąć do geologii. Półwysep Kolski leży w obrębie wschodnioeuropejskiej platformy prekambryjskiej, jednostki geologicznej liczącej ponad 600 milionów lat. Budujące ją skały są mocno zwietrzałe i potrzaskane. Ponadto podczas panującej tu kilka miesięcy zimy, bloki skalne kruszą się i rozpadają na mniejsze. Tu nasuwa się nam porównanie z polską rzeką Drawą, gdzie po każdej zimie w wodzie przybywa zawalonych drzew. Zima zmienia rzeki. Za rok to nie będzie ta sama Umba, ta sama Drawa. Na tym polega urok rzek. Na progach i bystrzach, gdzie rzeka płynie szybko, skaliste przeszkody są szczególnie niebezpieczne. Trzeciego dnia na progu nieprzypadkowo nazwanym Rozbójnik, łamiemy pierwsze wiosło. Związujemy obie części sznurkiem. Kilka godzin później łamiemy następne. Mamy zapasowe balony do naszych dmuchanych kajaków, ale wiosła niestety tylko po jednym na osobę. Tego samego dnia okazuje się też, że mamydziury w kajaku, na szczęście przymusowy pobyt wypada w tak uroczym miejscu, że wszyscy są pełni optymizmu. Jesteśmy poniżej progu. Rzeka, której oba brzegi są porośnięte tajgą, ma w tym miejscu około 50 metrów szerokości. Na płytach wynurzających się z chłodnej, przeźroczystej wody rozpalamy ognisko. W kociołku bulgocze kasza gryczana, a my sklejamy dziurawe dno, naprawiamy wiosła. Wydaje nam się, że w tym miejscu powstał świat. Słońce niknie za pasem sosen, cały czas jest jednak jasno; granatowe chmury zbite w gęstą, ciasną gromadę szybko przesuwają nad naszymi głowami. W promieniu 200 km nie ma nikogo... To miejsce niesamowite, pełne magii. I komarów jakby mniej...

Naprawa sprzętu zajmuje cały dzień, klej musi dobrze wyschnąć. Ruszamy koło południa, by o trzeciej nad ranem, a o pierwszej w nocy c zasu polskiego, wpłynąć w jedną z wąskich, zarośniętych trzci nami odnóg Umby. Nurt toczy się ospale w krętym korycie rzeki, gdy na gle otwiera się przed nami widok na jezioro - Kanoziero.

Jeziora

Umba przepływa przez szereg jezior polodowcowych. Pierwsze i największe zarazem to Umbozjero, po którym następuje system jezior Kapustnych. Za nimi położone jest drugie co do wielkości jezioro przepływowe Umby - Kanozjero, będące jeziorem rynnowym. Długość od północnego do południowego brzegu jeziora wynosi 21 km, a więc dwa razy tyle, co szerokość największego polskiego jeziora - Śniardw.

Naszym domem na półtora dnia staje się położona niemal na środku jeziora niewielka, bezludna wyspa. Rozbijamy obozowisko tuż przy głazach ozdobionych rysunkami naskalnymi z VI w. n.e. Akurat wypada 22 czerwca, dzień przesilenia letniego, a nasza wyspa jest chyba najwspanialszym miejscem do obserwacji. Słońce krąży wokół nas ani na chwilę nie znikając poniżej horyzontu. Czujemy się jak w centrum Wszechświata na małej, skalistej wyspie, na środku jeziora, gdzieś za kołem polarnym. Ze szczytu widać niskie brzegi Kanoziera porośnięte lasem, wokół oblewa nas niebieska, spokojna woda, nad nami białe, bezchmurne niebo. Jest ciepło, kukułka nieustannie śpiewa nad naszymi głowami, na ognisku pieką się ryby...

Dzień polarny

To wytłumaczalne i zrozumiałe aczkolwiek zaskakujące zjawisko dla ludzi żyjących poniżej 66 - ego równoleżnika. Nieprzyzwyczajeni do spania w jasnościach zasłaniamy oczy ubraniami chcąc oszukać organizm. Początki życia podczas dnia polarnego są naprawdę niesamowite, organizm wariuje. Kładziemy się spać o 6 rano, żeby wczesnym popołudniem płynąć dalej. Innym razem śpimy do trzeciej po południu, żeby wyruszyć "pod wieczór". Nie ma różnicy, która jest godzina, skoro i tak jest widno. Po kilkudziesięciu godzinach nauczyliśmy się odróżniać "dzień" od "nocy". "Nocą" Słońce jest trochę niżej i robi się chłodniej. Jednak odróżnienie wschodu od zachodu Słońca jest niemożliwe, przejście jest zbyt płynne - ognista kula niepostrzeżenie z opadającej zaczyna się wznosić. Zaskakujące są jednak ptaki - niestrudzone kukułki śpiewają całą dobę, bez względu na godzinę.

Tajga

Skład gatunkowy lasów za Kołem Polarnym podobny jest do lasów Polski - występuje świerk, sosna, brzoza, jodła, modrzew. Coś jednak uderza w wyglądzie ciągnącego się po horyzont lasu. Drzewa są wyraźnie niższe i węższe w pokroju niż w Polsce. To tajga, las szpilkowy charakterystyczny dla klimatu umiarkowanego chłodnego, występujący na obszarze północnej Azji, Europy, oraz Kanady. Bogate runo cieszy bose stopy brakiem kolczastych gatunków. Białawo - zielonkawy mech, chrobotek reniferowy, ściele się miękkim kobiercem. Kwitnące na biało kwiaty bagna zwyczajnego sypią wokół puch niczym dmuchawce. Ukryte w podszyciu czają się głodne komary. Znajdujemy ścieżki wydeptaneprzed laty, które jeszcze nie zarosły, ponieważ w klimacie polarnym roślinność odradza się bardzo wolno.

Odpłynięcie z wyspy nie jest już tak beztroskie. Południowy wiatr na szczęście nam sprzyja, ale jest na tyle silny, że na jeziorze tworzą się wysokie fale. Czekamy, aż ucichnie, jednak rozdmuchało się na dobre. Po kilku dniach słonecznej pogody znów zaczęło kropić. Łączymy w końcu kajaki w katamaran, między wiosłami rozpinamy pałatkę i żeglujemy na południe. Krajobraz powoli się zmienia. Za horyzontem zniknął grzbiet Chibinów, okolica robi się coraz bardziej płaska. Znak, że zbliżamy się do Morza Białego. Niezmiennie jednak płyniemy przez piękną i dzika tajgę. Spływ kończymy pod mostem, po którym przebiega droga do Kandałakszy, skąd wracamy do Polski. Niestety nie starczyło nam czasu, by dopłynąć do Morza Białego. Zabrakło nam zaledwie jednego pełnego dnia... W ciągu dziesięciu dni zdążyliśmy się opalić, zobaczyć tajgę, przeżyć dzień polarny oraz pokonać kilkanaście progów dzikiej, górskiej rzeki.

Galeria zdjęć

 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl