kategoria: szlaki / zagranica


Półwysep Kolski - Umba

autor: Andrzej Szaga (aszaga@alpha.net.pl)

Charakterystyka rejonu

Imandra
Imadra

Półwysep Kolski oraz bardziej na południe położona Karelia, stanowiąca pogranicze Rosji i Finlandii, są bardzo interesującym celem dla kajakarzy. Region ten zawdzięcza swoją rzeźbę temu samemu zlodowaceniu, które ukształtowało naszą Suwalszczyznę. Tam jednak lodowiec cofnął się znacznie później i jego ślady zachowały się wyraźniej. Jeśli wyobrazić sobie Suwalszczyznę, ale pozbawioną niemal zupełnie osadnictwa, i pokrytą niemal całkowicie lasami, a przy tym z mniej zerodowaną polodowcową rzeźbą, to właśnie będą te tereny. Olbrzymia liczba rozczłonkowanych jezior połączonych siecią rzek pokonujących liczne rygle skalne i pasma morenowych wzgórz sprawia, że typowym krajobrazem kajakarskim tego regionu są spokojne wody jezior połączone krótkimi rzecznymi przesmykami, w których na trasie wody roi się od przeszkód tworzących porohy i bystrza. Trudno znaleźć tam rzeki nie skatalogowane według klasyfikacji WW. Są to na ogół rzeki o niewielkim przepływie wody, co sprawia, że trudności mają zwykle charakter techniczny. Jedną z najsłynniejszych jest Kutsaioki położona na granicy Karelii i płw.Kolskiego. Mimo niewielkiego przepływu wyceniona na WW V/VI. Więcej o Karelii pod kątem turysty kajakarza oraz opisy kilkudziesięciu tras, można przeczytać w przewodniku A.Ł.Sziłowa "Na bajdarkach po Karelii". Przewodnik ten, oczywiście w języku rosyjskim, można kupić w turystycznych sklepach i księgarniach Petersburga i Moskwy, lub w internetowej księgarni Volnyj Veter - http://www.turizm.ru/veter/catalog/prival/books/ Półwysep Kolski, choć to kraina znacznie odmienna od Karelii, z punktu widzenia kajakarza może być z nią łączony, a to za przyczyną podobnego charakteru rzek, i nagromadzenia rozległych jezior. Ten rejon oferuje bardzo interesujące możliwości kajakarzom lubującym się w rekreacyjnym pływaniu po jeziorach. Łovoziero, Umboziero, a zwłaszcza rozczłonkowany i pokryty dziesiątkami wysepek system Imandry oferuje pływanie w efektownym otoczeniu wznoszących się nawet 1000m w górę masywów Chibin, Łovozierskiego i Monczegorskiego. Wybór tras rzecznych jest mniejszy z dwóch przyczyn. Część rzek została ujęta w systemy sztucznych jezior, a do innych albo trudno się dostać, albo trudno się z ich ujść wydostać. Do tych ostatnich należy m.in. ciekawy system rzek Pany i Warzugi. To wszystko sprawia, że niemal jedynym, ale przy tym i bardzo interesującym obiektem dla kajakarzy, jest Umba. Jest to rzeka o jednym z największych przepływów w tym rejonie, o bardzo łatwych dojazdach, a przy tym niezwykle urozmaicona i płynąca w bardzo zróżnicowanych typach krajobrazu. Płynąc nią, można podziwiać zarówno górskie widoki, bagnistą lasotundrę, by na końcu zwiedzić ozdobione klifami, fiordopodobne zatoczki Morza Białego. Dla wielu kajakarzy barierą mogą być wysokie trudności techniczne sięgające stopnia WWIV. Warto może jednak rozważyć, dla możliwości podziwiania jej piękna, pomysł dokonywania obnosek trudnych miejsc. Wyraźne ścieżki wiodące wzdłuż bystrzy świadczą, że nie jest to rzadkie wśród rosyjskich turystów.

Półwysep Kolski jako region położony na północ od koła podbiegunowego, a przy tym poddany wpływom ciepłego prądu morskiego Golfsztromu, charakteryzuje się bardzo zmienną pogodą. W górach może to oznaczać nagłe wichury i opady śniegu w środku lata, ale na nizinach, grozi raczej tylko deszczową niżową pogodą. W obu natomiast przypadkach trzeba być przygotowanym na nagłe i silne wiatry. Dotyczy to zwłaszcza pływania po jeziorach, gdzie stanowczo nie należy oddalać się od brzegu. Nagła zmiana warunków może nastąpić nawet w kilkanaście minut. Temperatury latem w zależności od zachmurzenia mogą kształtować się od około 15 stopni przy zachmurzonym niebie i dżdżystej pogodzie, do 20 kilku przy słonecznej. Płytkość jezior powoduje, że szybko się nagrzewają, ale i tak, biorąc pod uwagę krótkość lata, nie można liczyć na cieplejszą wodę niż 10-15 stopni. Nieco cieplejszej wody można spodziewać się w rzekach, a to za przyczyną zbierania wody z pokrytej mokradłami zlewni. Nie są to w każdym razie temperatury potoków górskich. Zmienność kolskiej pogody ma też swoją dobrą stronę. Żaden stan pogody, także tej kiepskiej, nie trwa długo. Każdego niemal dnia można liczyć na kilka godzin ciepła pozwalającego wysuszyć się po częstych, czasem bardzo zlewnych, ale na ogól bardzo krótkotrwałych opadach. Całościowych i aktualnych opracowań przewodnikowych po wodach płw.Kolskiego brak. Jedyne takie znalazłem w bardzo trudno dostępnym opracowaniu "Vodnyje marszruty SSSR", wydanym w 1972r. Nie brak natomiast opisów dostępnych w internecie. Dla wszelkich poszukiwań, dotyczących także innych rejonów dawnego ZSRR, bezcenną bazą jest http://lib.ru/TURIZM oraz http://veslo.ru/otchet.html Można także skorzystać z rosyjskiej wyszukiwarki turystycznej http://tourism.at.ru/. Na koniec wypada wspomnieć o jeszcze jednej atrakcji regionu. Są nią bardzo liczne komary. Ich populacja może być różna w zależności od roku, ale nigdy pomijalna. Należy być zaopatrzonym w moskitiery chroniące twarz oraz repelenty. Na szczęście komary nie lubią wiatru i otwartej przestrzeni. Pozwala to odpocząć od nich na rzece, ograniczając ich przykre sąsiedztwo do biwaków. Z dotychczasowych doświadczeń z repelentami, zdecydowanie odradzam specyfiki polskiej produkcji. Dobre są marki Autan i Off (nie ma między nimi różnicy). Natomiast rewelacją okazał się podarowany przez znajomego z Londynu produkt Lifesystems Expedition 50. Niestety, nie widziałem go w Polsce.

Mapy rejonu: Obecnie dostępne są w sprzedaży w Rosji: Atlas Karelii w skali 1:200 000; mapa Murmańskiej obłasti 1:500 000; sukcesywnie wznawiane są mapy Chibin lub Łovozierskich Tundr w skali 1:100 000 lub 1:200 000. Są one też dostępne w internecie na serwisie Chibin pod adresem http://www.krsc.ru/khibiny/. Niestety, "kilometrówki" są najczęściej ewidentnym przeskalowaniem map "dwukilometrowych". Trudniej dostępna, ale do kupienia, jest mapa całego płw.Kolskiego w 28 arkuszach w skali 1:200 000. Osobiście, najbardziej polecam tę ostatnią.

Orientacyjny kurs rubla 1$=31r

Dojazd

Na płw. Kolski dogodnie jest jechać przez Brześć (aby uniknąć dodatkowych granic państw bałtyckich). Dwa razy w tygodniu (wtorek, piątek) odchodzi do Mińska wagon, doczepiany tam do kursującego dwa razy tygodniowo pociągu na Murmańsk (można też z przesiadką). Inną możliwością są połączenia z przesiadką w Petersburgu. Nieco dłuższe połączenie z przesiadką w Moskwie. Podróż trwa około dwie doby. Koszt ok.40$ (Brześć - Kandałaksza/Murmańsk).

Nasz pobyt

Nasze plany pobytu na płw. Kolskim, zakładały połączenie trasy górskiej, ze spływem rzeką górską. Był to trzeci z kolei tego rodzaju projekt po dwóch wyjazdach w góry Ural. Na ogól wymagany jest do tego lekki kajak (jeśli trzeba go nosić), choć można też próbować tak zaplanować trasę, aby tego nie robić. My korzystamy z dmuchanych kajaków produkcji moskiewskiego rzemieślnika, które ważą 13kg. Taki ciężar rozłożony na dwóch jest do ścierpienia. W wyjeździe wzięło udział 5 osób - Andrzej Szaga (Albert z pl.rec.kajaki), Przemek Dutkiewicz, Adam Balcerkiewicz, Wojtek Kulesza i Tomek Wojda. W założeniu mieliśmy wystartować z miejscowości Łovoziero i przepłynąć część jeziora Łovoziero, do stóp masywu Tundry Łovozierskie. Po dostaniu się nad jezioro Sejdoziero i przepłynięciu go, zamierzaliśmy przekroczyć przełęcz i zejść w dolinę Umboziera. Z południowej jego części wypływa Umba, którą mieliśmy spłynąć do Morza Białego. Rzeczywistość nieco pokrzyżowała nasze plany (mapa -500KB).

Tundry Lovozierskie

Łovoziero
Łovoziero

Dojechawszy pociągiem z Petersburga do Oleniegorska, wynajęliśmy bus, jako że połączenia z Łovozierem nie są zbyt dogodne i wymagają przesiadki. Z Oleniegorska kursuje bardzo mało autobusów. Do m. Łovoziero zlikwidowano połączenia i należy jechać najpierw do Rewdy, a stamtąd dopiero do Łovoziera. Połączenia są skomunikowane ze sobą, ale tylko dwa na dobę. Rano i wczesnym wieczorem. Bez problemu można jednak skorzystać z taksówek lub taksiarzy z przypadku. Cena z Oleniegorska do Rewdy wynosi 350 rubli "za maszynę". Bilet autobusowy to około 50 rubli. Jak mawiali miejscowi przy negocjacjach należy się kierować z grubsza przelicznikiem 2-3 ruble za kilometr, jest to jednak wariant optymistyczny. Szczególnie w przypadku inostranców należy doliczyć jeszcze jakieś 50% i będzie to dobra cena. Taksiarz dowiózł nas nad jezioro najdalej jak można było, do przysiółka zwanego na mapie Siemiorka. Oszczędziło to nam kilku kilometrów wiosłowania przez jeziorko Popowskie, w niezbyt interesującym sąsiedztwie zaniedbanego osiedla. Pogoda była przeddeszczowo zimnawa i pompowanie kajaków oraz przepakowywanie rzeczy w wodoodporne worki odbywało się przy akompaniamencie posiąkiwań nosami i narzekań na zapolarny klimat. Wyruszenie nieco się przeciągało, ale gdy już zaczęliśmy płynąć zrobiło się nam cieplej. Pogoda jednak zaczęła całkiem się psuć i chwilami zrywał się porywisty wiatr niosący kilkuminutowe deszcze.

widok Łovozierskiego masywu z jeziora
widok Łovozierskiego masywu z jeziora

Zrobiło się całkiem mokro i całkiem nieprzyjemnie. Boczny wiatr, dwójka a czasami trójka, tworzył metrowe fale. Miałem niejakie opory przed wypłynięciem na otwarte jezioro, pomny świeżych (przed wyjazdem z Polski) doniesień o tragedii na jeziorze Łebsko. Nasz kajak, w którym siedziały trzy osoby z bagażem był wyraźnie przeciążony i jakby mniej stabilny. Fatalnie ostrzył na wiatr i wiele pracy wymagało utrzymanie linii kursu. Mimo wszystko poruszaliśmy się całkiem sprawnie do przodu i po paru godzinach dotarliśmy do niezwykle długiego półwyspu Dlinnyj Nawodok. U podstawy tego półwyspu znajduje się na mapie zimnik, i rzeczywiście, było tam wolne od krzaków i drzew torfowisko, po którym przenieśliśmy kilkaset metrów kajaki. Jeszcze kilka kilometrów i dotarliśmy do kolejnego półwyspu. Opłynięcie go to pięć dodatkowych kilometrów przy silnym wietrze, wiec i tu robimy przenoskę. Po przeniesieniu rzeczy decydujemy się na biwak. Jesteśmy przemoczeni i nieco wymarznięci. Ognisko to prawdziwa przyjemność. Zagajnik skarłowaciałych brzózek osłania nas od wiatru. Ciężka musi być tu wegetacja. Brzózki są powyginane w najrozmaitsze kształty tworząc bajkowy las. Pod wieczór flauta. To nastraja nas bardzo optymistycznie. Może jutro będzie lżej.

typowy krajobraz podmokłej lasotundry
typowy krajobraz podmokłej lasotundry

Niestety, rano wieje przyzwoita trójka. Wczoraj była z boku, a dziś od czoła. Postanawiamy nieco poleniuchować żywiąc nadzieję, że wieczorem ponownie wiatr osłabnie i popłyniemy nocą. Tu, na dalekiej północy, mimo początku sierpnia, nadal panuje polarny dzien. Jest słonecznie i ciepło. Wygrzewamy się i urządzamy krótkie wycieczki w okolice. Praktycznie nie ma komarów. Już w Oleniegorsku mówiono nam, że lato tegoroczne zimnawe i komarów niet. Doskonale. Na poprzednich wyjazdach, był to istotny problem. Wieczorem nasze nadzieje na brak wiatru, rozwiewa utrzymująca się na jeziorze trójeczka. Decydujemy się wyruszyć, ale pieszo, wzdłuż brzegu, który na ogół posiada wąską, kamienistą plażę. Blisko 40kg plecaki ciążą, a marsz nie jest tak dogodny jak oczekiwaliśmy. Gubimy się też przy próbie skrótu i długo przedzieramy się przez podmokłą tajgę. Mimo powolnego tempa, spowodowanego tymi przeciwnościami (ok. 1km/h), docieramy w końcu do ujścia rzeki wypływającej z Sejdoziera. Po dłuższym wypoczynku i obiadku ruszamy wygodną drogą, na położone w sercu masywu Łovozierskich Tundr jezioro Sejdoziero. Nad jeziorem stoi przyzwoita chata w dobrym stanie. Spotykamy w niej Rosjan z Petersburga i przyjmujemy poczęstunek herbatą. Oni zorganizowali sobie stacjonarne pływanie po jeziorze i zwiedzają opadające ku niemu kaniony zdobione licznymi urwiskami i wodospadami.

Po przejściu przez masyw Łovozierski, postanawiamy zrezygnować z zejścia nad Umboziero i płynięcia nim do wypływu Umby, jak to było w planie. Pamięć wiatrów na Łovozierze i widoczna z gór pomarszczona toń Umboziera, skutecznie przekonały nas, że równie ciekawym będzie wariant dojechania nad Umbę komunikacją.

Informacje ogólne

Sejdoziero
Sejdoziero

Okolice Łovoziera są ciekawym rejonem dla zorganizowania nietrudnych technicznie, ale wymagających dobrej kondycji, wycieczek kajakowych. Jezioro, ze swoją urozmaiconą linią brzegową, licznymi wyspami i pięknymi widokami na płaskowyże Łovozierskich Tundr jest samo w sobie interesujące. Oprócz tego trasę można rozszerzyć o przepłynięcie systemem cieków na jezioro Umboziero i zwiedzenie go, lub dotarcie do Sejdoziera. Szczególnie polecam ten drugi wariant, zwłaszcza jeżeli kogoś interesują również wycieczki piesze. Sejdoziero leży w samym centrum masywu Łovozierskiego i otoczone jest kilkusetmetrowej wysokości płaskowyżami. Urwiska opadające ku jezioru, są ozdobione skałami, a strumienie wodospadami. Miły dla oka jest kontrast bujnego lasu i wysokogórskiej surowej tundry. Liczyć na dopłynięcie rzeczką łączącą oba jeziora nie należy. Posiada ona spadek 36m na długości ok. 2,5km. Widzieliśmy z drogi jej nurt w jednym miejscu i robił wrażenie. Rosjanie uznawali ją za niespławną dla bajdarek. Prawdopodobnie jest nie niżej WW IV. Na pobyt nad Sejdozierem warto zarezerwować przynajmniej tydzień. Warto mieć coś pływającego, aby się szybko po nim przemieszczać. Rosjanie szczególnie polecali wodospad na strumieniu spływającym wprost z Ninczurt. Niestety, nie jest widoczny z jeziora. Trzeba podejść nieco kanionem w górę. Polecane też są pod względem piękna kaniony schodzące z plato Mannepachk. Przy chodzeniu na lekko, rejon jeziora może być punktem wypadowym w cały masyw. Na brzegu jest wiele dogodnych i urokliwych miejsc na obozowiska. Można też mieszkać we wspomnianej chacie pełniącej rolę nie zagospodarowanego schroniska.

Umba

falka
"falka"
Chibiny z jeziora Kapustnego
Chibiny z jeziora Kapustnego
Umba
Umba

Po pożegnaniu z Przemkiem, który musiał wrócić wcześniej, udajemy się koleją, autobusem, okazją, nad Umbę. Następnego dnia przy pompowaniu kajaków okazuje się, że kajak Adama nie trzyma powietrza i dzień schodzi nam na poszukiwaniu dziur i ich łataniu. Pogoda jest bez zarzutu i dzień laby na słońcu, nad rześką rzeką sprawia nam dużą przyjemność. Kolejny dzień wstaje z ciężkimi chmurami i po długim śniadaniowaniu, wyruszamy około 13-ej na podbój Umby. Do pierwszego poważnego progu zwanego Padunem płyniemy około 1,5 godziny zaliczając po drodze kilka króciutkich, ale zlewnych deszczy. Z pewną nieśmiałością wysiadamy przed Padunem i idziemy go obejrzeć. Nie pływaliśmy dotąd takich progów. Siła wody robi wrażenie, a pomnik poległego kajakarza dopełnia budzący respekt nastrój. Padun składa się zasadniczo z trzech trudnych miejsc na przestrzeni kilometra, poza którymi woda mknie szybko i wśród wysokich fal. Płyniemy oddzielnie, asekurując się z brzegu. Obie ekipy zaliczają wywrotkę na pierwszym stopniu Paduna, ale asekuracja działa i na szczęście nikt nie płynie tego kilometra w awaryjnym stylu. Dalsza część dzikiej jazdy idzie bezawaryjnie i najtrudniejsze miejsce na rzece mamy poza sobą. Są tu piękne miejsca na biwak, ale ponieważ biwakują tu już dwie grupy rosyjskie, ceniąc samotność, płyniemy na jeziora Kapustnyje. Tam, płynąc na widoczne po prawej stronie miejsce biwakowe, znajdujemy, ku swojemu zaskoczeniu wiosło Adama, porwane przy wywrotce. Nie spodziewaliśmy się go już zobaczyć 3km poniżej Paduna. Pierwsza część następnego dnia mija pod znakiem wiosłowania przez Kapustnyje jeziora przy stale pogarszającej się pogodzie. Po minięciu progu Rozbójnik między jeziorami Kapustnymi, a jeziorem Dziedkowa Lambina, znowu przyszło nam wiosłować pięć kilometrów po spokojnej wodzie, ale wśród pięknego krajobrazu. Zaraz za jeziorem czekało na nas to, na co najbardziej sobie tego dnia ostrzyliśmy ząbki. Próg Siemiwierstnyj, 7-10 kilometrów jedynko-dwójeczki. Trochę się rozczarowaliśmy, bo poza początkiem, dalsza część to tylko nieco bystrzejsza woda nie łapiąca się nawet do skali trudności. Za jednym z zakrętów wypłynęliśmy na rozszerzenie rzeki z dużą wyspą i wysoką na ponad dziesięć metrów skarpą lewego brzegu. To początek przesławnego pięknością Żemczużnego (perłowego) Pliosa. Gorąco reklamowany w rosyjskich relacjach, nieco mnie rozczarował. Przenocowaliśmy nad nim i następnego dnia płyniemy ku niedalekiemu już, następnemu poważnemu progowi na Umbie, Kanozierskiemu. Po drodze mijamy ładne bystrza Karieżki z mnóstwem wystających ponad wodę głazów i ciekawy, szybki i mocny próg Karelski. Przed Kanozierskim zatrzymaliśmy się i idziemy na ogląd progu. Stromość spadku, siła wody i wielkość odwojów robi wrażenie niespływnego (przynajmniej dla naszych dmuchanych stateczków, nie popartych dostatecznymi umiejętnościami załogi). Na szczęście, po prawej stronie, jest wąski pas wody o mniejszym przepływie i tu postanawiamy płynąć. Siła wody jest tu znacznie słabsza, a koniec stanowi płytkie bystrze, więc rezygnujemy z asekuracji. Poniżej progu rzeka uchodzi malowniczą deltą do ogromnego jeziora Kanoziero. Na jeziorze wieje przyzwoita dwójka i to przeciwna nam. Płynięcie pod wiatr to wątpliwa przyjemność. Odpoczywamy przy pierwszej wysepce, a na drugiej robimy długi postój z obiadkiem, licząc, że pod wieczór wiatr się nieco uspokoi. Postój okazuje się dobrą decyzją, bo w międzyczasie nadciąga silna burza z ulewnym deszczem. Wiatr się nie uspokaja, więc postanawiamy płynąć do godzin nocnych, bo co dziś to nie jutro. Po blisko dwóch godzinach mamy dość i nocujemy w sosnowym lesie na dywanie jagód. Następnego dnia wieje bez zmian, ale wszystko ma swój koniec i mamy Kanoziero za sobą. Poniżej jeziora, Umba dzieli się na trzy odnogi, z których najpopularniejsza jest Nizma, jako że nie płynie już przez żadne jeziora. Po początkowych bystrzach rzeka się uspokaja i przez około 6 kilometrów płynie niemal bez nurtu wśród mokradeł. Postanowiliśmy tego dnia dobić do progu Padun Nizmieński, tak aby na następny dzień zakończyć spływ. Nieścisłość locji wydłużająca dystans do Paduna myli nas i trochę z przypadku zatrzymujemy się, stwierdzając, że dobiliśmy do brzegu nie więcej niż 50 metrów przed progiem. Na lewym brzegu ponad wodospadem wznosi się wysoka skarpa o płaskim wierzchołku, i tam, w huku i szumie wody nocujemy. Postanawiamy, by na drugi dzień płynąć próg na lekko i spakować się już poniżej. Tego dnia jesteśmy jeszcze świadkami przepłynięcia progu przez katamaran i dwie bajdarki. Dla katamaranu próg taki to bułka z masłem. Pierwsza bajdarka napłynęła niezwykle precyzyjnie i gładko popłynęła wykorzystując półmetrowej szerokości język wody pomiędzy odwojami. Spokój ekipy i pewność manewrowania zrobił na nas pierwszorzędne wrażenie. Mieliśmy jeszcze okazje podziwiać tę ekipę na Morskim Padunie, szalonym progu z olbrzymimi falami i odwojami, i tam również popisali się klasą. Druga bajdarka napłynęła fatalnie, ale chłopaki również popisali się klasą, tyle że w opanowaniu awaryjnego spływu. Złapać grunt na dwójkowym bystrzu w wodzie po piersi, trzymając kajak, i dotrzeć z nim do brzegu, na to trzeba być kajakarskim herosem. Następnego dnia przychodzi kolej na nas. Napływ musi być bardzo precyzyjny, na szczęście orientacją służy piana płytkiego odwoju tuż przed wodospadem. Poszło gładko, tak że spływamy jeszcze raz dla frajdy, tyle że pojedyńczo. Chłopaki w tym czasie asekurowali nas z brzegu, po czym zamieniamy się rolami. Niestety, mimo dobrego przepłynięcia kaskady, tuż za nią, nieuważnie, pozwalają się położyć bocznej fali. Idą z nurtem oba wiosła. W tej sytuacji, postanawiamy, że my z Wojtkiem gonimy wiosła, a chłopaki podążą za nami na zapasowych pagajach. Niecały kilometr poniżej progu dostrzegamy szczęśliwie zablokowane w głazach oba wiosła, więc wracam brzegiem do chłopaków, którzy jeszcze strugają swoje pagaje. Ponieważ jeszcze się nie spakowali, umawiamy się "gdzieś" w dole i rozstajemy się. Nizmieński Padun, aż do tzw. morskich progów, to ostatnia trudność rzeki i dalej płynie się wśród nielicznych bystrzy i znacznie liczniejszych rozlewisk. Największe z nich Miedwieże Plioso, to w istocie 8 kilometrowej długości jezioro. Po dopłynięciu do mostu na trasie Umba-Kandałaksza, przy którym większość spływów kończy działalność, czekamy na chłopaków. Po trzech godzinach, złamani rosnącą nudą, płyniemy ku tzw. morskim progom. Pierwszy z nich, Morski Padun robi przygniatające nas wrażenie. Ilość wody jaka tu płynie, wielkość spadku i moc, każe przeprowadzić rachunek sumienia. Z przyjemnością obserwujemy płynące przez te spienione masy katamarany i wspomnianą bajdarkę, zastanawiając się nad naszymi nędznymi umiejętnościami i czekającym nas losem. Po godzinie chłopaków nadal nie widać, a jako, że nie mamy zamiaru płynąć "czegoś takiego" bez asekuracji, cofamy się do mostu. I tu widzimy naszych kolegów nieoczekiwanie już spakowanych i wybierających się do wsi. Po początkowym zdziwieniu, okazało się, że wkrótce po ruszeniu nazbyt przepompowany kajak trzasnął im na bystrzu. Mieli szczęście, że przepływający obok katamaran zabrał ich uprzejmie na pokład, ratując od przedzierania się kilkanaście kilometrów przez mokradła. W tej sytuacji również my składamy do kupki nasz okręcik i w zapadającym zmroku ruszamy ku wsi. Trochę szkoda Morskiego Paduna.

Informacje praktyczne

Patrz: locja Umby. (zapraszam również do zamieszczonych tam dodatkowych zdjęć rzeki)

Powrót

Pociąg bezpośredni Murmańsk-Brześć, a ściślej, jeden doczepiany wagon do pociągu mińskiego nr 225/226, kursuje dwa razy w tygodniu w środę i sobotę w godzinach poźnowieczornych. Z Kandałakszy około północy, a z Apatytów i Oleniegorska odpowiednio 1,5 i 3 godziny wcześniej. Z biletami nie było żadnych kłopotów nawet w dniu odjazdu. Cena biletu z wszystkich tych stacji jest jednakowa i wynosi 1050 rubli. Można też jechać z przesiadką przez Petersburg lub Moskwę. Bilet Brześć - Terespol kosztuje 3,5$. Bilet Terespol Warszawa - 30pln pośpieszny i 20pln osobowy. Bezpośredni bilet z Brześcia do Warszawy, na pociągi międzynarodowe kosztuje, po przeliczeniu, ok. 80zł.

 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl