kategoria: szlaki / zagranica


Nadi Parbat '90

Agata Bareja-Starzyńska

Galeria zdjęć

Na przełomie października i listopada 1990 roku odbyła się polsko-japońska wyprawa kajakowa ,,Nadi Parbat". Celem wyprawy było pierwsze przepłynięcie rzeki Langtang w Nepalu.

Polska ekipa --- Andrzej Kozyra, Jacek Starzyński, Mirek Ślusarczyk i ja (wszyscy z Warszawskiego Akademickiego Klubu Kajakowego) --- dotarła do Kathmandu, na początku października 1990. Czekali już na nas nasi japońscy przyjaciele --- kajakarze z Kobe Falt Club: Yoshiharu Iwata, Yoshinobu Kokubo, Yoshiyuki Matsuda, Makoto Niwa i Takahashi Yamaguchi. Kilkudniowy pobyt w stolicy Nepalu był bardzo pracowity. Musieliśmy wypożyczyć kajaki, namioty i sprzęt biwakowy, załatwić pozwolenia na podróżowanie poza Kathmandu i na kajakowanie. Zatrudniliśmy też przewodników, zwanych tutaj ,,szerpami" mimo, że nie zawsze pochodzą z plemienia Szerpa. Dość długo oczekiwaliśmy na transport kajaków ekipy japońskiej, które utknęły gdzieś po drodze do Nepalu. Ostatecznie zapadła decyzja, że grupa polska wyjedzie w rejon Langtangu i dokona wstępnej oceny dolnego odcinka rzeki. Japończycy mają dojechać najwyżej za trzy dni z własnymi lub z wypożyczonymi kajakami.

Przejazd z Kathmandu do Dhunche zajął nam prawie cały dzień. Po drodze, przy wjeździe do Parku Narodowego Langtang, podobnie jak wszyscy turyści, musieliśmy okazać pozwolenia na pobyt w tym regionie. W parku nie wolno palić ognisk i niszczyć roślinności. Musieliśmy też wykupić bilety na pobyt w parku i oczywiście wjeżdżaliśmy tam ,,na własne ryzyko" --- tak stwierdzał wydany nam dokument.

W hotelu w Dhunche uraczyliśmy się ,,tybetańską pizzą" i usnęliśmy przy wtórze smętnych piosenek śpiewanych przez grupę włoskich alpinistów powracających z wyprawy. Czekał nas pierwszy dzień wędrówki w górę rzeki. Nie jesteśmy amatorami trekkingu, tylko kajakarzami, ale nasz przewodnik Maila zapewniał, że droga nie jest ciężka. Jego głowę zaprzątał inny problem. Wielokrotnie oglądał kajaki, oceniał ich rozmiary i ciężar. To nietypowy bagaż i Maila musiał rozważyć zarówno proponowaną przez nas stawkę dla tragarzy, jak i ich żądania.

Następnego dnia wyruszyliśmy do Syabru Bensi, gdzie dotarliśmy wczesnym popołudniem. Oddalona tylko o parę kilometrów od Tybetu osada dała po 1959 roku schronienie wielu Tybetańczykom, którzy uciekli z rodzinnego kraju w obawie przed Chińczykami. Tylko nieliczni uciekinierzy żyją w miarę dostatnio, jak właściciel małego hotelu, w którym jedliśmy obiad. Większość tybetańskich emigrantów dzieli biedę miejscowej ludności.

Wkrótce po nas dotarli na miejsce tragarze niosący kajaki. Musieli uczyć się manewrowania z niewygodnym ładunkiem na wąskich i stromych ścieżkach. Kajaki szybko stały się przedmiotem zainteresowania mieszkańców wioski. Oparte o przydrożny płot, były stale opukiwane i poklepywane. Dzieciarnia szybko odkryła, że gładkie dno odwróconego kajaka jest doskonałą zjeżdżalnią. Już po chwili gromadka umorusanych i obdartych dzieci wesoło dokazywała na kajakach.

Wybraliśmy dogodne na obozowisko miejsce w pobliżu wiszącego mostu, gdzie spedziliśmy trzy dni, czekając na przybycie Japończyków. Jeszcze tego samego dnia i nazajutrz chłopcy dokładnie oglądają rzekę, która od granicy tybetańskiej do Dhunche nazywa się Bhote Kosi, to znaczy po prostu ,,Tybetańska Rzeka". Oceniają możliwość spłynięcia od naszego obozowiska do Dhunche. Jest to jednak zbyt niebezpieczny odcinek jak na sam początek wyprawy.

Codziennie natomiast odbywa się trening. Na wybranym, dogodnym do ćwiczeń odcinku rzeki (wartki nurt, cofki, odwoje) nieco poniżej mostu, oswajamy się z wypożyczonymi kajakami. Mamy dwa Prijony Tajfuny i jedną Pyranhę Mountain Bat. Nie pływaliśmy dotychczas na takich łódkach, a trudność nepalskich rzek wymaga doskonałego wyczucia kajaka. Na czas trwania treningu w wiosce ustają wszelkie zajęcia (nawet szkoła), a mieszkańcy gromadzą się na przybrzeżnych głazach by oglądać darmowe przedstawienie. Każdy z dzieciaków głośno krzyczy ,,Hallo!" i stara się dotknąć kajaka, gdy ten przybija do brzegu. Starsi wieśniacy na migi wyrażają swój podziw i naśladują rękoma ruch kajaka na wzburzonej wodzie. Głośny okrzyk wyrywa się z piersi widzów, gdy kajakarze po raz pierwszy demonstrują ,,eskimoskę" --- powrót do normalnej pozycji kajaka, przewróconego do góry dnem. Gdy rozumieją, że to tylko ćwiczenie, zaczynają cieszyć się każdym obrotem.

Monsuny i topniejące śniegi potrafią błyskawicznie podnieść poziom wody w rzekach i odmienić całą okolicę. Wartkie górskie rzeki stanowią duże zagrożenie i utrudnienie dla miejscowej ludności. Nie są żeglowne dla żadnego rodzaju łodzi. Nie sposób w nich pływać. Przeprawa na drugą stronę rzeki odbywa się tylko za pomocą wiszących mostów. Dlatego mieszkańcy Syabru Bensi z podziwem obserwują kajakarzy.

Zadamawiamy się w wiosce i poznajemy jej mieszkańców. Naszym ulubieńcem staje się trzyletni Papu, syn właścicieli Yeti Hotel, gdzie stołujemy się. Papu zna parę słów po angielsku i bez skrępowania rozpoczyna konwersację. Po wzajemnym przedstawieniu się chłopiec częstuje, podanym umorusaną łapką, kawałkiem placka. Gdy go uprzejmie zjadamy, dopytuje się ,,Dobre?" Faktycznie placuszek był smaczny. Zadowolony twierdzącą odpowiedzią, Papu przechodzi do sedna sprawy. Wskazuje na naszą jajecznicę, dając do zrozumienia, że teraz nasza kolej na poczęstunek. Gdy kończy swoją porcję, pytamy ,,Dobre?" i Papu z radością potakuje. Odtąd już zawsze towarzyszy nam przy posiłkach i za każdym razem częstuje nas jakimś swoim smakołykiem, jak ziarnko grochu, czy orzeszek. Wróżymy mu świetlaną przyszłość, bo chłopiec ma nie tylko zniewalający uśmiech, ale i głowę do interesów.

W tych dniach gości w Syabru Bensi znacznie więcej Tybetańczyków. Przybyli na ceremonię żałobną siedemdziesięciotrzyletniego tybetańskiego emigranta, który nie doczekał powrotu do ojczystej wioski. Wszyscy okoliczni uciekinierzy tybetańscy i miejscowi Tamangowie biorą udział w uroczystościach. Już od rana obserwujemy wzmożony ruch przy wioskowej studni i na brzegach rzeki. Ze zdziwieniem zauważamy masowe mycie głów. Nasz Papu mocno trzymany między nogami mamy drze się głośno w strumieniach wody. Wkrótce potem bryka w odświętnej ,,czubie" --- stroju tybetańskim, a umorusane zwykle oblicze aż razi czystością. Pod wieczór wszyscy buddyści ściągają wystrojeni w kierunku świątyni. W okolicy nie ma mnichów, więc tylko świeccy wyznawcy, którzy umieją czytać, recytują modlitwy. W całej wiosce słychać głuche uderzenia bębna. Brukowana kamiennymi płytami ulica wygląda tak, jak przed wiekami. Po kamiennych zabudowaniach snują się dymy z domowych palenisk. Przez całą noc żałobnicy żegnają zmarłego. Jeszcze nazajutrz na dziedzińcu świątyni różnobarwny krąg przesuwa się tanecznym krokiem, przyśpiewując na zmianę, mężczyźni i kobiety. Po strojach można odróżnić Tybetańczyków od Tamangów i przyglądających się im Nepalczyków. Czym młodsi uczestnicy, tym więcej współczesnych elementów zauważa się w ich ubraniach. Chyba już nikt z obecnych nie ma tradycyjnego obuwia, zastąpionego tanimi chińskimi trampkami.

Mieszkańcy wioski z sympatią zgadzają się na fotografowanie. Większość turystów omija Syabru Bensi, leżące na uboczu szlaku i dzięki temu jego mieszkańcy zachowali naturalny wdzięk i prostotę. Nie zdarza się, by żądali opłaty za rozbijanie namiotów, dzieci nie nagabują o ,,bakszysz". Często potem w innych osadach będziemy wspominali ten życzliwy i bezinteresowny stosunek do przybyszów.

Trzeciego dnia pod wieczór zjawiają się Japończycy. Decydujemy się wyruszyć nazajutrz i szybko, w ciągu kolejnych czterech dni, dojść do źródeł rzeki Langtang. Stamtąd planujemy spłynięcie nadających się do tego odcinków rzeki. Dolny bieg Langtangu nie wygląda zachęcająco. Ogromna masa brunatnej wody przewala się z łoskotem po ogromnych głazach. Ale może w górnym biegu rzeka będzie spławna.

Trzech spośród pięciu zatrudnionych w Dhunche tragarzy czekało z nami na przybycie Japończyków. Teraz Maila musi zwerbować jeszcze dwójkę. Ku naszemu zdumieniu wraca z dwiema dziewczynami. Z niedowierzaniem przyglądamy się jak szykuje im ich ładunek. Nie bardzo mogą same oderwać go od ziemi. Andrzej nie wytrzymuje i proponuje Maili zatrudnienie jeszcze jednego tragarza. Ale nasz pogodny zazwyczaj przewodnik kręci z troską głową. Nie znalazł nikogo więcej w okolicy. Zapewne więc nasz bagaż będzie posuwać się powoli, ale mamy nadzieję, że jednak dotrze na miejsce.

Nasi japońscy koledzy postanawiają iść tylko z lekkimi plecaczkami, a całość wyposażenia oddać tragarzom. My zatrzymujemy dwudziestokilogramowe plecaki z uwagi na koszty i mniejsze (podobno) niebezpieczeństwo choroby wysokościowej.

Ruszamy dwiema trasami. Jedną podążają tragarze. Drugą, prowadzącą nad rzeką, krótszą, ale bardziej uciążliwą, decydują się wyruszyć Japończycy. Dołączamy do nich z nadzieją na obejrzenie po drodze rzeki. Nie wiemy co sądzić o słowach Maili, który odchodząc z targarzmi żegna nas: ,,Do zobaczenia w przyszłym roku". Już po niecałej godzinie okazuje się, że przewodnik Japończyków zmylił drogę. Proponuje forsowne zejście w dół na przełaj przez las. Japończycy ruszają za nim, ale my z naszym bagażem nie damy rady posuwać się w ten sposób. Musimy więc iść okrężną drogą, co zajmie dziewięć godzin. Teraz rozumiemy już Mailę, który nie ufał innym przewodnikom. Odtąd będziemy uważniej słuchać jego rad.

Idziemy wąską ścieżką przez tropikalny las. Czasem na drzewach szeleszczą spłoszone małpy, odcinające się jasnobrązowym ubarwieniem od ciemnej zieleni drzew. Po drodze znajdujemy wiadomość pozostawioną przez Japończyków. Odnaleźli ścieżkę na skróty i zaoszczędzili trzy godziny drogi. Dotrą zatem o czasie na umówione z tragarzami miejsce. My o zachodzie słońca znajdujemy się w odległości ponad godziny drogi od Lama Hotel, gdzie mamy się wszyscy spotkać. Andrzej i Mirek decydują się nocować w jednym z przydrożnych schronisk i dogonić grupę rano. Wyruszamy z Jackiem dalej, oświetlając sobie drogę latarkami. Późno w nocy docieramy do Lama Hotel, gdzie spotykamy Japończyków. Tragarze jeszcze nie dotarli, ale na szczęście mamy ze sobą śpiwory.

Rano nadciąga reszta wyprawy. Maila cieszy się naszym widokiem, gdyż obawiał się o naszą trasę --- słyszał po drodze, że zatarasowało ją obsunięcie skały. Teraz droga nie będzie już tak forsowna, choć rosnąca wysokość daje się we znaki. Część Japończyków ma lekkie objawy choroby wysokościowej, więc w miejscowości Langtang decydujemy się na dzień postoju. Powyżej 3000 m.n.p.m. krajobraz zmienił się zupełnie. Otaczają nas pożółkłe pastwiska jaków. Ludność mijanych osad żąda za wszystko opłaty, dzieci natarczywie domagają się jałmużny.

Po drodze Maila zatrudnił jeszcze jednego tragarza, którego w rozmowach między sobą nazywamy ,,Dziadkiem". Wyglądający na sześćdziesięcioparoletniego staruszka mężczyzna ma w istocie czterdzieści sześć lat. Płacze ze wzruszenia, gdy dostaje od Jacka nowe trampki. Wszyscy nasi tragarze są od nas niżsi. Czwórka to Tamangowie. Dziadek jest w połowie Tamangiem, a w połowie Szerpą. Szóstym tragarzem jest kuzyn Maili, jak i on pochadzący z plemienia Rai. Maila nie zna dialektu Tamangów, porozumiewa się z dwoma Tamangami w języku Nepali, a oni tłumaczą polecenia reszcie, nie znającej oficjalnego języka Nepalu.

Po dwóch dniach od wyruszenia z wioski Langtang docieramy do najwyżej położonego obozowiska. Przed nami tylko lodowiec, skąd na wysokości 4200 m.n.p.m. bierze początek Langtang Khola. Spędzamy mroźną noc w namiotach, a rano docieramy do najwyżej położonego miejsca, skąd można spływać. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na brzegu i polsko-japońska ekipa rusza w dół rzeki do oddalonej o około 10 kilometrów miejscowości Kyanchen Gompa. Rzeka na początku nie jest zbyt trudna, ale woda jest tak lodowata, że ręce kostnieją na wiosłach. Po 2-3 kilometrach od startu kajakarze wpływają w niewielki wąwóz. Trudność rzeki przekracza tu miejscami WW IV i niektóre odcinki trzeba rozpoznawać z brzegu. Po następnych trzech kilometrach wąwóz się kończy i Langtang rozdziela się na liczne płytkie i szerokie odnogi. Chłopcy przepływają przez rozległy obszar mgły (a może to chmura?) i skostniali docierają po czterech godzinach płynięcia do bariery skalnej przy Kyanchen Gompa. Rzeka znika tu praktycznie w szczelinach między głazami. Marząc o gorącym posiłku wynoszą kajaki do szlaku. Tragarze są wyraźnie zadowoleni, mimo iż okazuje się, że 15 kilometrów rzeki poniżej Kyanchen jest niespływalne i muszą nieść kajaki w dół. Tu w górze zaczyna się zima --- w nocy na nasze wczorajsze obozowisko spada pierwszy śnieg.

Kolejny spływalny odcinek rzeki zaczyna się nieco poniżej wioski Langtang. Zejście do rzeki jest tu bardzo trudne: 200 metrów w dół po stromiźnie porośniętej kolczastymi krzakami. O ile możemy to ocenić z tej wysokości, rzeka jest spławna, choć niezwykle trudna. Decydujemy się spróbować płynąć, a Japończycy, którzy uważają, że Langtang jest tu zbyt niebezpieczny, postanawiają asekurować nas, idąc brzegiem.

Chłopcy schodzą w dół po skarpie tak stromej, że kajaki trzeba miejscami spuszczać w dół na linach. Na ścieżce gromadzi się grupka miejscowych ,,kibiców". Z ciekawością obserwują zejście grupy w dół, a następnie cieszą się, gdy maleńkie kolorowe kajaki zaczynają posuwać się w dół rzeki, zręcznie wymijając głazy. Zapominając o ciężarze ładunków tragarze przebiegają truchtem w coraz to inne, dogodne do obserwacji miejsce. Nagle jeden z kajaków przewraca się. Gapie, nie zważając na odległość, uniemożliwiającą porozumienie, machają rękami i krzyczą, by zaalarmować następnego spływającego kajakarza. Tymczasem on też najwyraźniej ma problemy. Japończycy starają się pomóc. Wszystko trwa parę minut. W końcu widać trzy sylwetki ludzkie stojące na brzegu. Nikomu nic się nie stało. Długo trwa jednak wydobywanie dwóch zaklinowanych między głazami kajaków.

Na górze tymczasem panuje już zupełnie inna atmosfera. Nepalczycy uważają, że trzeba przemówić śmiałkom do rozsądku i uzmysłowić, że rzeka jest naprawdę bardzo niebezpieczna. Wielokrotnie komentują obejrzane zajście i dziwią się, niepotrzebnemu ich zdaniem, narażaniu życia. Na górę powraca Mirek i Japończycy. Możemy kontynuować przemarsz do najbliższej wioski. Następnego dnia planowany jest do spłynięcia kolejny odcinek rzeki. Andrzej i Jacek zostali na dole: mają przejść po ruinach mostu na drugą stronę rzeki i dokładnie obejrzeć trasę, idąc w dół ścieżką biegnącą tuż nad brzegiem.

Docieramy do wioski i czekamy na powrót chłopców. Zapada zmrok. Po drodze nie widzieliśmy co prawda żadnej kładki, ale obydwaj kajakarze mają na sobie neoprenowe kombinezony chroniące w wodzie od zimna i rzutki, za pomocą których mogą przeprawić się z powrotem na nasz brzeg. Robi się coraz ciemniej, więc nad wodą ustawiamy tragarzy z latarkami i świecami. Brzegiem rzeki rusza w górę kierowana przez Mirka i Mailę ekipa ratunkowa, utrzymująca z obozem łączność za pomocą krótkofalówki. Czekamy na rozwój wydarzeń. Andrzeja i Jacka nie widać. W otaczających ciemnościach huczy tylko rzeka.

Najważniejszy w wyposażeniu kajakarzy okazał się gwizdek. Używany czasami do dawania sygnałów na wodzie został przy kamizelce ratunkowej Jacka. Właśnie gwizdek umożliwił Jackowi i Andrzejowi odnajdywanie się w ciemnościach w lesie. Ścieżka bowiem skończyła się w pewnym momencie, a kilkakrotnie podejmowane próby przedostania się na drugą stronę, zakończyły się niepowodzeniem. Rzeka okazała się zbyt głęboka, szeroka i wartka, by ryzykować przeprawę. Chłopcy pamiętali, że tuż przed wioską Langtang rozlewa się szeroko i na pewnym odcinku robi się stosunkowo płytki. Tyle, że w zapadających ciemnościach trudno było w głębokim, zarośniętym wąwozie dojrzeć cokolwiek dalej, niż na pół metra. Pozostawało tylko powolne posuwanie się w dół rzeki, w miarę możliwości blisko brzegu i ciągłe gwizdanie i nawoływanie.

To właśnie przenikliwy dźwięk gwizdka dotarł poprzez huk wody do ratowników na drugą stronę rzeki. Jak najszybciej schodzą nad wodę krzycząc i oświetlając rzekę. Widać wreszcie Andrzeja i Jacka. W świetle latarek i świec przeprawiają się na linach na nasz brzeg. Znowu jesteśmy wszyscy razem.

Następnego dnia Andrzej, Jacek i Mirek ruszają wodą kajakami, a grupa pomocnicza podąża pieszo po obu brzegach. Japończycy idą przodem i ,,czytają" wodę, starając się ustawić asekurację w najtrudniejszych miejscach. Jest ich dużo, bo trudność rzeki na całym odcinku przekracza WW V, a miejsc ,,szóstkowych" jest kilkanaście. Kajakarze zatrzymują się co chwila, wiele miejsc trzeba obejrzeć z brzegu, aby wybrać właściwą, możliwie bezpieczną drogę. Ogromne głazy ograniczają widoczność, a przenoszenie kajaków i samo przedzieranie się przez gąśzcz krzaków jest na tej, ciągle jeszcze dużej wysokości, bardzo męczące. Pod wieczór cel zostaje osiągnięty. Tego dnia przepłynięto około 10 kilometrów niezwykle trudnej rzeki. Dalej płynąć nie warto, gdyż poza bardzo krótkimi odcinkami rzeka jest praktycznie jednym wielkim rumowiskiem głazów. Dziś mamy jeszcze jeden problem: dwóch Japończyków, Kokubo i Kejidżi, są ciągle na drugim brzegu rzeki. Powinna być tu kładka, ale została z niej tylko wąska belka, łącząca dwa brzegi rzeki nad huczącym pięciometrowym wodospadem. Nasz Maila okazuje się znowu niezastąpiony. Szybko zdejmuje buty i boso przechodzi po belce na drugą stronę. Tylko Mirek odważe się iść za nim bez asekuracji. Teraz już możemy przeciągnąć nad rzeką liny --- jak poręcze --- i "most" jest już bezpieczny. Obydwaj Japończycy przechodzą, za nimi wraca Maila i na końcu Mirek, który zwija liny.

Chłopcy prześcigają się w opowiadaniu wrażeń. Rzeka okazała się bardzo ciekawa, liczne, trudne do spłynięcia miejsca, dostarczyły powodów do satysfakcji. Dziękują Japończykom za asekurację. Dzięki wspólnemu wysiłkowi rzeka Langtang została rozpoznana. Ale trzy dni pływania to za mało, jak na tak daleki wyjazd. Dlatego decydujemy się spróbować jeszcze sił na rzece Trisuli, która w dolnym odcinku jest jedną z najbardziej znanych nepalskich rzek. Wiele biur turystycznych organizuje tam spływy na pontonach. My zamierzamy przepłynąć odcinek rzeki położony powyżej tej najbardziej popularnej części.

Wracamy przez Syabru do Dhunche i tu rozstajemy się z żalem z naszymi tragarzami. Byli wobec nas lojalni i pracowali z oddaniem. Żałujemy, że nasze skromne oszczędności przeznaczone na wyprawę nie pozwalają wynagrodzić ich sowiciej.

Żegnamy coraz chłodniejsze wysokie góry i zjeżdżamy do położonej na wysokości 540 m.npm. miejscowości Trisuli Bazar. Po drodze zostawiamy kajaki w Betrawati. Następnego dnia pojedziemy tam z powrotem i spłyniemy do Trisuli Bazar. Krajobraz jest tu zupełnie inny, niż w dolinie Langtangu. Zielone poletka schodzą terasami w dół nad płynącą szerokim korytem Trisuli. To już zupełnie inna rzeka niż Langtang, czy Bhote Kosi w Syabru. Ogromna masa błękitnej wody płynie szybko tworząc duże fale i potężne odwoje, nie sprawia nam jednak większych trudności. Wieczorem rozbijamy obóz nad rzeką, nieco poniżej Trisuli Bazar. Po kolacji siadamy przy ognisku i dopiero wtedy Maila opowiada o wydarzeniu dnia.

Podczas obiadu on i obaj przewodnicy Japończyków pilnowali nad wodą kajaków. Naoglądawszy się w górach pływania kajakami, przewodnicy sami zapragnęli popisać się przed miejscową ludnością, która jak zwykle zgromadziła się na brzegu. Podobnie jak większość Nepalczyków z plemion górskich, nasi szerpowie nie umieli pływać. Jeden z nich wsiadł do kajaka i zaraz po odbiciu od brzegu przewrócił się. Na szczęście dla siebie (i dla nas) odpłynął niedaleko od brzegu, a rzeka w tym miejscu była szeroko rozlana i płytka, tak więc innym udało się, brodząc w wodzie, wyłowić zarówno niefortunnego kajakarza, jak i sprzęt. Maila obiecuje, że już więcej takich prób nie podejmą.

Pobyt nad rzeką nie jest dla naszego przewodnika przyjemny. Plemię Rai, z którego pochodzi, prawdopodobnie pierwotnie wyznające buddyzm, z czasem przeszło na hinduizm. Nie ma jednak prawa do kremacji zwłok swoich zmarłych. Są one zakopywane w płytkich jamach w pobliżu rzeki, a gdy przychodzi monsun, wezbrane wody wypłukują szczątki i niosą je dalej. Teraz rozumiemy już dlaczego Maila tak niechętnie godził się sam czekać o zmierzchu na brzegu na kajakarzy. Boi się duchów, które można spotkać nocą nad rzeką. Jak opowiada, mają one wygląd ludzi, ale pozbawione są twarzy.

W tę cichą noc nad Trisuli dowiadujemy się nieco o życiu naszego dwudziestodwuletniego przewodnika. Zaczął pracować mając dziesięć lat. Najpierw oddany był na służbę do sąsiedniej wioski, za co jego rodzina dostawała wynagrodzenie. W następnym roku rozpoczął samodzielną pracę. Przeniósł się do Kathmandu, gdzie pomagał na budowach jako tragarz (jedenastoletnie dzieci mogą nosić ładunki do 15 kg). Mówiący dotąd tylko dialektem Rai, nauczył się języka nepalskiego. Kupował książki i uczył się czytać i pisać. Zaczął pracować jako tragarz wypraw alpinistycznych. Uczył się sam angielskiego i ćwiczył go w kontaktach z turystami. Stopniowo awansował na pomocnika kucharza, kucharza i wreszcie został przewodnikiem. W ostatnim czasie uczy się języka japońskiego, co być może zapewni mu lepszą przyszłość. Pierwszy raz pracuje dla Polaków, choć słyszał o polskich alpinistach. Uważa, że jesteśmy zabawni i jest zadowolony, że na nas trafił (i wzajemnie). Wiele nas dzieli, ale i wiele łączy, gdy tak rozmawiamy pod gwiaździstym nepalskim niebem.

Następnego dnia płyniemy do Devighat. Rzeka wygląda podobnie jak wczoraj, cały czas płynie szybko, a liczne miejsca dogodne do zabawy czynią ją bardzo atrakcyjną. W Trisuli Bazar droga odchodzi od rzeki i Devighat jest ostatnim miejscem skąd można jeszcze dotrzeć do autobusów, kursujących pomiędzy Trisuli Bazar a Kathmandu. Dlatego też musimy się tu rozdzielić. Kajakarze popłyną do Benighat gdzie Trisuli zbliża się do drogi Kathmandu -- Pokhara. A ja wracam już z Mailą do Kathmandu. Mamy tam wynająć samochód i wysłać go do Benighat po chłopców.

Po dwóch dniach spotykamy się znowu w hotelu w Kathmandu. Chłopcy opowiadają o rzece, która nie sprawiła im zawodu, choć była nieco łatwiejsza, niż odcinek przed Devighat. Mimo to są bardzo zadowoleni: w Europie nie spotyka się tak dużych rzek górskich, a surfowanie na ogromnych falach i zabawa w odwojach, które wyrzucają w powietrze cały kajak, nie znudzi się im nigdy!

Kończy się już nasza wyprawa. Odddajemy jeszcze sprzęt, żegnamy się z Mailą. Podczas pożegnalnej kolacji wspólnie z japońskimi przyjaciółmi rozkoszujemy się bogactwem stołecznej kuchni, wspominając ,,restauracje" w górach, gdzie przez dwa tygodnie żywiliśmy się tylko ziemniakami, jajecznicą i podpłomykami. Pozostają nam miłe wspomnienia i żal, że mieliśmy zbyt mało czasu na poznanie innych nepalskich rzek. W duszy kiełkuje myśl, że trzeba tu wrócić. Może nawet za dziesięć lat, ale trzeba!

Galeria zdjęć


Tragarze z kajakami, w tle Ganesh Himal

Widok z dachu autobusu, droga z Kathmandu do Dhunche

Nasz obóz nad Bhote Kosi, w tle dolina Langtangu i Syabru Bensi

Trisuli za Betravati

Widok na dolinę Langtangu z Syabru

Widok z drogi na pola w dolinie Kathmandu
 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl