kategoria: szlaki / zagranica


Korsyka, moja miłość
Jacek Starzyński, 2010

Jedziemy!

O Korsyce marzyłem od zawsze. W 1985 roku, na samym początku swojej górskiej kariery dowiedziałem się o tej wyspie -- raju kajakarzy, gdzie niemal piechotą można się przedostać z jednej wspaniałej rzeki na drugą. Na pierwszy wyjazd musiałem jednak czekać dziesięć lat. W 1996 roku pojechałem tam z grupą kolegów z różnych studenckich klubów kajakowych. Podczas tygodniowego pobytu na wyspie przepłynąłem kilka najbardziej znanych rzek i wróciłem z mocnym przekonaniem, że trzeba każdy kajakowy sezon rozpoczynać od wyjazdu właśnie tam. Niestety, życie ułożyło się tak, że musiałem odłożyć te plany na długo...

Kolejna realna szansa wyjazdu pojawiła się dopiero na jesieni ubiegłego roku. Na którymś ze spotkań może Szumek, może Ciacho (a może ja?) rzucił, że warto byłoby rozpocząć sezon 2010 na Korsyce. Z tej luźnej rozmowy narodziła się chyba we wszystkich z nas myśl, która krzepnąc doprowadziła do rozpoczęcia rzeczywistych przygotowań na początku marca.

Największą trudnością okazało się zebranie grupy. Najpierw liczyliśmy na dwa samochody, ale okazało się, że trudno będzie zebrać w Warszawie ekipę nawet na jeden. Napięty początek kwietnia, spływy kursowe, zbliżający się wyjazd szkoleniowy w Czechy i zawody fristajlowe Loop wykosiły potencjalnych kandydatów. Bardzo długo było nas trzech, aż w końcu pojawił się Valdi, dla którego Korsyka okazała się tak samo atrakcyjna jak dla nas.

W połowie marca zarezerwowaliśmy prom. Stosunkowo niewielki koszt biletu -- 125 Euro za samochód osobowy z kajakami na dachu i cztery osoby pozwolił z optymizmem patrzeć na całkowity koszt imprezy. Biorąc pod uwagę ceny jedzenia, autostrad i paliwa oszacowaliśmy go na 800-1000 złotych na osobę w zależności od ewentualnych kulinarnych ekscesów na wyspie. Troszkę obawialiśmy się, jak poradzimy sobie z transportem samochodu w trakcie pływania, ale już pod koniec przygotowań okazało się, że po dwóch dniach powinien dołączyć do nas Kaktus, który wybiera się na Korsykę głównie po to, by zwiedzać, ale ,,przy okazji'' bierze kajak.

Wyruszyliśmy z Warszawy w południe w piątek, 26 marca. Mieliśmy mało czasu, aby zdążyć do Livorno na prom, odpływający w sobotę o 9 rano. Dzielny Szumek wytrwał jednak za kierownicą pół dnia i całą noc i około siódmej rano w sobotę ustawiliśmy się w długiej już kolejce załadowanych kajakami samochodów i przyczep z rejestracjami niemieckimi i austriackimi. Pobieżnie naliczyliśmy na dachach i przyczepach ponad 100 kajaków, głównie górskich, choć było też kilka morskich.

Prom wypłynął punktualnie i około 13 zjeżdżaliśmy już z niego na ulice Bastii. Zatrzymaliśmy się w mieście tylko na chwilę, aby nabyć w kiosku mapę Korsyki. W trakcie całego wyjazdu posługiwaliśmy się głównie telefonicznym GPSem z wprowadzonymi punktami początkowymi i końcowymi typowych odcinków rzek pobranymi z serwisu http://playak.com, ale mapa była bardzo pomocna w ogólnej orientacji i planowaniu. Wyboru rzek dokonywaliśmy na podstawie przewodnika po Korsyce wydanego w 2006 roku przez Niemiecki Związek Kajakowy (DKV) oraz przewodnika wydrukowanego ze strony http://kajak.at.

Pływamy! I śpimy w krzakach...

Chcieliśmy rozpocząć ,,prawdziwy'' pobyt na Korsyce już pierwszego dnia i dlatego zdecydowaliśmy się pojechać nad dolny bieg rzeki Golo. Jest to odcinek stosunkowo łatwy, jego przeciętna trudność przy zwykłym stanie wody to jakieś WW 3+ z dwoma ,,momentami'' WW 4, ale położony około 30 kilometrów od Bastii. Wzdłuż Golo biegnie też mocno uczęszczana droga, a więc nie powinniśmy mieć problemów z dojazdem do samochodu po pływaniu.

Około 14:15 dojechaliśmy do mostu na drodze 193 w miejscowości Ponte Nuovo, który wybraliśmy na początek etapu. Oceniliśmy, że zdążymy przepłynąć około 15-17 kilometrów i zakończymy w jakimś dogodnym do wyjścia na drogę miejscu pomiędzy Fontanone a Casamozza. Jadąc w górę rzeki widzieliśmy tam kilka dobrych miejsc i byliśmy przekonani, że zdołamy zlokalizować je z rzeki. Zeszliśmy na wodę dopiero około 15 -- tak długo zajęło pierwsze przygotowanie kajaków, które nie wszyscy mieli już dopasowane. Pierwsze 10 kilometrów rzeki nieco rozczarowało, chyba najbardziej mnie, bo czułem, że zupełnie nie jestem rozpływany i poruszam się po rzece dość niepewnie. Stopniowo było jednak coraz lepiej; Golo ,,pokazało pazurki'' za mostem w Barchettcie wchodząc skręcającym bystrzem w dość malowniczy, ciasny wąwóz. Pojawiły się nareszcie fajne bystrza, jakieś odwoiki, ciekawe cofki. Rzeka mocno się zwęziła i ściśnięta pomiędzy ścianami wąwozu woda tworzyła w wielu miejscach niezłe ,,maliniaki'', w których trzeba było zachować większą ostrożność. Widać było, że ten odcinek rzeki może przy wysokich stanach wody osiągać trudność znacznie przekraczającą WW 4. Ale my trafiliśmy na średnią wodę i rzeka była rzeczywiście idealna na rozpływanie.

Największą atrakcją tego dnia okazał się zdewastowany, 4-metrowy sztuczny próg, który dawało się opłynąć po skalnej pochylni przy lewym brzegu rzeki. Oglądaliśmy to miejsce w asyście grupki miejscowej młodzieży, która zjechała nad rzekę terenowym samochodem w poszukiwaniu spokojnego miejsca do wypicia paru puszek piwa. Zdaje się, że pokpiwali sobie z nas, kiedy oglądaliśmy próg. Wsiedli nawet do samochodu i mieli już odjeżdżać, gdy zorientowali się, że mamy zamiar spłynąć ten moment. Kpinki momentalnie przerodziły się w żywe zainteresowanie, które trwało do momentu, kiedy Szumek spłynął pochylnię jako pierwszy. Okazało się wtedy, że można i korsykańska młodzież błyskawicznie straciła zainteresowanie kajakarstwem. Nie dostarczyliśmy oczekiwanych mocnych wrażeń.

Pływanie zakończyliśmy około 2 kilometrów poniżej progu. Obecność wędkarzy upewniła nas, że łatwo dostaniemy się w tym miejscu na położoną około 20 metrów wyżej drogę. Szumek przebrał się w suche rzeczy i prawie natychmiast złapał samochód, który zabrał go w górę rzeki. My powoli wyciągnęliśmy kajaki, rozkoszując się pierwszym na tym wyjeździe zmęczeniem i temperaturą, która w Polsce jest raczej niespotykana w końcu marca. Mieliśmy nadzieję, że taka pogoda będzie nam towarzyszyła przez cały czas.

Po przyjeździe Szumka zapakowaliśmy kajaki na dach samochodu, zjechaliśmy do najbliższej miejscowości na szybkie zakupy w supermarkecie, po czym wyruszyliśmy znowu w górę Golo, w poszukiwaniu miejsca na nocleg. W samochodzie ujawniły się dwie frakcje. Pierwsza, składająca się ze mnie, postulowała jak najszybsze zatrzymanie się gdzieś nad Golo. Druga frakcja, mająca znaczną przewagę liczebną, wymogła jednak jazdę nad Asco -- dopływ Golo. Asco miała być naszą następną rzeką i nocleg w pobliżu miejsca startu powinien pozwolić na większy luz następnego dnia rano. Jedziemy więc najpierw dość szeroką drogą N 193, po czym skręcamy w N 197, a zaraz potem w wąską, wijącą się już nad Asco drogę lokalną. Zapada zmrok i coraz trudniej wypatrzyć stosowne do zatrzymania miejsce. Do tego robimy się głodni -- ostatni ciepły posiłek jedliśmy jeszcze w domach, a zabrane z Polski kanapki skończyły się na promie. Wreszcie po lewej stronie miga nam parking obstawiony dziwacznymi konstrukcjami limitującymi wysokość samochodów, które mogą tam wjechać. To zapewne ograniczenie dla kamperów -- chodzi chyba o to, aby zmusić je do zatrzymywania się na kempingach. My na szczęście mieścimy się na styk pod dwumetrową bramką.

Po wyjściu z samochodu okazuje się, że znalezione miejsce ma jedną, niestety dość istotną wadę: wieje, jak w przysłowiowym ,,kieleckiem''. Wąwóz Asco jest w tym miejscy bardzo wąski, działa jak dysza, wzmagając i tak bardzo silny wiatr. Jesteśmy jednak dość zdesperowani: osłaniamy tył otwartego kombiaka płachtami i w tak spreparowanym zaciszu gotujemy makaron. Po posiłku dochodzimy wszyscy do wniosku, że nie uśmiecha nam się nocleg w takim wygwizdowie, zwłaszcza, że Valdi pamięta z poprzedniego wyjazdu na Korsykę jakieś fajne miejsce do spania przy starym moście nad Asco. Wyruszamy więc na dalsze poszukiwania.

Po krótkiej jeździe docieramy do miejscowości Asco. To gdzieś w tej okolicy zaczyna się pływać tę rzekę: przewodniki mówią o stosunkowo trudnym odcinku powyżej (2 kilometry WW 5-6) i sporo łatwiejszym (WW 3 z miejscami WW 5) 16-kilometrowym wąwozie poniżej Asco. Jeszcze nie wiemy, gdzie będziemy chcieli zacząć, a więc błądzimy po coraz węższych drogach w okolicach Asco -- wreszcie za szybą miga nam niewielka łączka (3x3 metry) na skraju drogi. Chyba nic lepszego nie znajdziemy: ja i Valdi rozpinamy płachtę na płocie stojącym na skraju urwiska, Ciastuś wyszukuje sobie zaciszną pieczarkę w zboczu, a Szumek postanawia spać w samochodzie. Koniec pierwszego dnia.

Asco

Niedzielny ranek zbudził nas przelotnym deszczykiem i wcale nie zachęcającą temperaturą w okolicach +7. Wypełzliśmy ze śpiworów przekonując się, że ,,zaciszna łączka'' położona jest niemal na skraju wsi, a płot, do którego przyczepiliśmy nasz ,,namiot'' to ogrodzenie jakiejś posiadłości -- zresztą zupełnie niepotrzebne, bo kto by łaził po takich wertepach porośniętych kolczastymi krzakami. Nikt nas jednak nie zaczepiał (choć biwakowanie na dziko wydaje się być zabronione na Korsyce). Śniadanie i poranna kawa poprawiła nastroje i w dobrych humorach rozpoczęliśmy poszukiwania miejsca startu. Znaleźliśmy wąską, ale asfaltową drogę zjeżdżającą w dół i w dół, na której końcu Valdi rozpoznał ... upragnione miejsce na nocleg przy starym kamiennym moście. Wszystko wygląda coraz sympatyczniej. Zza chmur wygląda słoneczko, robi się coraz cieplej.

Rzeczka też wygląda bardzo fajnie. Niewielka, ale ,,idąca ostro w dół'', zawalona sporymi kamieniami. Porównanie ilości wody ze zdjęciami z przewodnika pozwoliło nam stwierdzić, że jest tej wody nie za dużo, ale zdecydowanie dosyć -- zwłaszcza na górny, trudniejszy odcinek. Ponieważ idąca wzdłuż rzeki droga pozwalała na przerwanie spływu w dowolnym dogodnym miejscu, postanowiliśmy zrobić tak samo, jak nad Golo: płynąć, a sprawę powrotu po samochód zostawić na później. Rozpakowaliśmy kajaki i rzeczy, gdy zza zakrętu wyłoniła się cała kawalkada samochodów z kajakami na dachach. Po chwili zaroiło się od niemieckich i austriackich kajakarzy, wśród których rozpoznaliśmy z radością znajomego -- Hansa Mayera, właściciela kajakowej firmy La Ola z Rosenheim w Niemczech. Szumek ustala z Hansem, że może zjechać samochodem od razu na miejsce zakończenia i wrócić z nim na miejsce startu: zaoszczędzi nam to czasu po zakończeniu pływania. Cała operacja rozstawienia samochodów trwa naprawdę krótko. Po powrocie Szumek opowiada, że jazda najpierw za Hansem a potem z Hansem po wąskiej drodze nad Asco dostarcza chyba większych przeżyć, niż spłynięcie najostrzejszej rzeki.

Koło południa schodzimy wreszcie na wodę. Zdecydowaliśmy się puścić przodem wszystkich naszych niemieckich przyjaciół: jesteśmy małą, sprawną grupą i zapewne będziemy i tak poruszać się na rzece szybciej, niż oni, a nie ma co się przepychać. Asco nie rozczarowuje: płynie szybko w dół, nowe ciekawe miejsce następuje zaraz za poprzednim, chwile odpoczynku są naprawdę krótkie.

Kilkaset metrów od miejsca startu spotykamy dużą grupę Niemców. Spływają pojedynczo najbardziej znane miejsce Asco nazywane Drosselgasse na cześć wąziutkiej uliczki w miasteczku Rüdesheim am Rhein. Miejsce jest ciekawe i widowiskowe, ale wydaje się, przynajmniej przy obecnym stanie wody, niezbyt trudne: Asco spada tu z półtorametrowego progu na lekkim zakręcie w prawo. Widać jednak wyraźną drogę napłynięcia po szerokim skalnym ,,zębie'' wysuwającym się na środku rzeki. Pewnie przy wyższym stanie wody nieciekawie jest spaść z tego zęba w lewo lub prawo, ale teraz ani skalna nisza po prawej, ani odwój po lewej nie wyglądają groźnie. Margines błędu wydaje się dość spory. Skoro już jednak wyszliśmy z kajaków, to postanawiamy spływać pojedynczo i zrobić zdjęcia. Valdi i Ciastek ustawiają się z aparatami nad Drosselgasse, a ja i Szumek idziemy do kajaków. Szumek rusza pierwszy, a ja kilka sekund za nim. Jest dokładnie tak, jak myśleliśmy: bez wysiłku udaje się nam trafić na skalny występ i skoczyć próg z efektownym boofem, lądując płasko na spokojnej wodzie za odwojem. Szumek przejmuje aparat, a Ciastek i Valdi spływają kolejno moment.

Za chwilę płyniemy dalej, wyprzedzając grupę Hansa W jednym ze zwężeń Ciastek klinuje się i musi wysiadać z kajaka. Przy operacji wyciągania zaklinowanej łódki rzuca na drugą stronę rzeki wiosło, a to znika pod wodą i nie wypływa. Szumek wchodzi po pas w wodę i grzebie nogą w bystrzu poniżej nieregularnego progu, na którym zaklinował się Ciastek -- po chwili poszukiwań wiosło ,,odkleja'' się od kamieni i wypływa na powierzchnię. Całe szczęście, że nie zginęło. Możemy w komplecie płynąć dalej.

Po kilkuset metrach dopływamy do następnego ciekawszego miejsca, którym jest kombinacja następujących po sobie dwóch progów -- ten drugi ma na pewno ponad półtora, może dwa metry wysokości. Odwój nie jest jednak silny, a drogę daje się odczytać z kajaka; nie zatrzymujemy się nawet. Musimy to jednak zrobić po przepłynięciu kolejnego kilkusetmetrowego odcinka: rzeka wchodzi tu w niepozorne na początku bystrze, na końcu którego znika jednak pomiędzy skałami przy lewym brzegu. Na prawym widać gigantyczny kamień (właściwie to już spora skała) -- charakterystyczny punkt oznaczający jedyne na Asco miejsce niespływalne. Lądujemy dość niewygodnie na lewym brzegu i oglądamy wodospad. Naprawdę wygląda niesympatycznie. Woda znika w wąskiej, pokręconej szczelinie i wypływa spod skały jakieś 6 metrów poniżej miejsca, gdzie stoimy. Trzeba to obnieść, ale po krótkiej chwili zorientowaliśmy się, że wybrany przez nas lewy brzeg nie jest do tego najwygodniejszy. Cóż jednak robić? Aby dostać się na drugą stronę rzeki, trzeba byłoby wyciągnąć kajaki jakieś 30 metrów w górę: zatrzymaliśmy się w naprawdę ostatniej cofce przed wodospadem i nie ma się z niej jak wydostać. Decydujemy się na leciutko alpinistyczną przenoskę po lewym brzegu. W trakcie niej obserwujemy, jak znająca najwyraźniej rzekę grupa Hansa dobija grzecznie do prawego brzegu i dość wygodnie obnosi wodospad naokoło skały.

Zejście do wody za wodospadem nie jest najwygodniejsze. Najrozsądniejsze, co można zrobić, to skoczyć w kajaku ze skały do niewielkiego jeziorka i spłynąć dalej przez kolejne bardzo fajne miejsce: niewielki próg, na którym woda rzuca kajak najpierw na ścianę w lewo, by po chwili odbić go, jak piłkę, na prawą stronę. To bardzo ciekawe miejsce, które uczy dobrego napłynięcia na moment. Szkoda, że spływa się je tylko raz, bo powrót wymagałby przenoszenia kajaka wokół ogromnych głazów, a na to jakoś nikt z nas nie ma ochoty.

Ruszamy dalej, ale po jakichś trzech kilometrach od wodospadu Asco robi się niestety stopniowo coraz mniej ciekawe. Zmniejsza się spadek i poszerza koryto. Woda, której w górnej części odcinka było zupełnie dosyć, wydaje się teraz zbyt niska. Pod koniec za dużo jest szurania po kamieniach, ale na szczęście docieramy do mostu, przy którym Szumek zostawił samochód. Mimo lekkiego rozczarowania ostatnimi kilometrami rzeki orzekamy, że było nieźle.

Zajadając ugotowany pospiesznie (po pływaniu człowiek głodny, jak nigdy!) makaron i czekając, aż podeschną ciuchy do pływania i kamizelki rozwieszone na balustradzie drogi i kolczastych krzakach nad rzeką, planujemy następny dzień. Ponieważ po dwóch rzekach wszyscy czujemy się już dość pewnie, postanawiamy wyruszyć następnego dnia nad Vecchio -- rzekę, która jest mocnym punktem każdego chyba wyjazdu na Korsykę. Noc chcemy jednak spędzić nad miejscem startu Asco: wszystkim podobała się dość odludna polanka przy starym moście. Mamy ochotę posiedzieć tam przy wieczornym ogniu i wypić wreszcie w spokoju butelkę wina zakupionego poprzedniego dnia.

Wieczór jest naprawdę udany. Próba składanego, turystycznego piecyka, który zakupiłem przed wyjazdem od Maruchy (dzięki!) wypada wspaniale. Testujemy różne rodzaje opału. Rozmaite gatunki drzewa znalezione nad Asco przegrywają konkurs z wysuszonymi krowimi plackami: tylko one są w stanie rozpalić blachy piecyka do czerwoności. Pewnym zgrzytem okazuje się niedostatek wina: jedna butelka nie zaspokaja potrzeb czterech facetów spragnionych po całodziennym wymakaniu w zimnej wodzie. Ale może to lepiej, bo trzeba się wyspać przed kolejnym dniem wyjazdu, który zapowiada się pracowicie. Pozawijani w śpiwory układamy się między skałami i usypiamy szybko kołysani grzechotem kamieni pod stopami Ciastka, który rozbija się po okolicy robiąc księżycowe zdjęcia mostu i skał.

Rzeka stara, ale jara!

Po kolejnej zimnej nocy budzimy się w poniedziałek wcześnie i od razu wyruszamy nad Vecchio. Postanawiamy rozpocząć od sprawdzenia wodowskazu, znajdującego się przy moście na końcu standardowego odcinka, a potem pojechać na miejsce startu i dopiero tam zjeść śniadanie. Droga nie trwa długo: odległości pomiędzy rzekami są niewielkie i nawet kręte, górskie drogi pozwalają dostać się z jednej rzeki nad drugą dość szybko. Niecałe 60 kilometrów dzielące miejsce spania od Vecchio pokonujemy w godzinę i około 9:30 oglądamy już wodowskaz pod mostem w Noceta. 165 centymetrów to średnia woda, idealna dla spłynięcia standardowego odcinka od Ponte Vecchio, ale zgodnie z przewodnikiem zdecydowanie za wysoka dla górnego odcinka. Cóż -- i tak nastawialiśmy się na odcinek średni, którego trudność to niby ,,tylko'' WW 4-5, ale tych piątek jest naprawdę sporo i dochodzi do nich ,,od 2 do 5'' miejsc, które przewodnik radzi obnieść. Vecchio to po włosku ,,stary'', ale rzeka Vecchio, podobnie jak inne korsykańskie rzeki, ma jeszcze sporo wigoru. Pamiętam, że pływaliśmy ją w 1996 i pozostawiła równie dużo wspomnień, jak znacznie efektowniejsze Rizzanese, czy Travo.

Jedziemy w górę rzeki i po kilku kilometrach docieramy do nowego mostu, przy którym rozpoczyna się standardowy (średni) odcinek Vecchio. Rzeka płynie tu w głębokim wąwozie i kilka minut zajmuje nam odkrycie najlepszego zejścia: kamiennych schodków ukrytych za jednym z filarów mostu. Zdejmujemy z dachu kajaki, rozkładamy na kamiennym murku ciągle jeszcze wilgotne rzeczy. Na szczęście znów świeci całkiem już mocno przygrzewające korsykańskie słońce. W czasie śniadania rzeczy niemal zupełnie wysychają i można je założyć bez uczucia dyskomfortu. Na razie jeszcze nie śmierdzą!

Ponieważ ciągle nie widać żadnych innych kajakarzy, a jest już jedenasta, decydujemy się na pozostawienie samochodu na starcie. Dość długo schodzimy do rzeki, nad duże, spokojne ,,jeziorko'' wypełnione szmaragdową wodą Vecchio. Ten spokój jest pozorny, bo rzeka pokazuje pazurki już od pierwszego bystrza. Poziom wody jest jednak dość wysoki -- w każdym razie na tyle, aby wymusić naprawdę energiczne manewrowanie. Po niecałym kilometrze docieramy do pierwszego miejsca, które trzeba obejrzeć z brzegu: niewysoki próg, za którym rzeka zakręca o 90 stopni w prawo, wzdłuż wyraźnie podmytych kamieni, by po chwili zakręcić znów w lewo na niewysokim progu z silnym odwojem. Asekurujemy to miejsce z brzegu, ale wszyscy radzą sobie bez problemów. Ruszamy dalej, by po kilku ciekawych, ale nie wymagających wysiadania z kajaka kataraktach dotrzeć do kolejnej ,,ostatniej cofki''. Znaleźliśmy się przy prawym brzegu rzeki, pod dość stromą, ale nie uniemożliwiającą wyjścia ścianą. Większość wody wali wzdłuż tej ściany pod ogromne, spiętrzone na prawym brzegu głazy. Szumek, który wstał z kajaka mówi, że widzi za tymi głazami ruiny starego mostu. Oznacza to, że dotarliśmy do pierwszego miejsca, które przewodniki zalecają obnieść: położonego przy prawym brzegu syfonu, w którym znika chyba połowa wody Vecchio.

Po wydostaniu się na skały widzimy, że zagrożenia można by uniknąć, gdybyśmy trzymali się przy wejściu w kataraktę lewego brzegu -- istnieje tam droga, którą przy zachowaniu sporej ostrożności i zimnej krwi można ominąć syfon. Cóż, gdybyśmy znali rzekę, pewnie spróbowalibyśmy tej opcji, bo przecież nikt nie lubi nosić kajaków po krzakach i skałach. Teraz jednak nie ma już sensu cofać się i wracać, choć czujemy się troszkę tak, jak przy wodospadzie na Asco. No nic, w przyszłym roku będzie lepiej!

Nie śpieszymy się za bardzo z przenoską, bo wydaje się, że mamy jeszcze mnóstwo czasu, a okolica jest naprawdę ładna. Droga nie jest zresztą najwygodniejsza, bo za syfonem musimy opuścić kajaki na linach do skalnego żlebu i zejść za nimi do niewielkiego rumowiska położonego na skraju nurtu. Z rumowiska widać, że syfon ma niewielki, może 10, a może 20-centymetrowy prześwit, a więc chyba nie jest aż tak niebezpieczny. Nie będziemy tego jednak sprawdzać. Kiedy po kolei wsiadamy do kajaków, dogania nas grupka czterech Niemców. Najwyraźniej są nieźli i znają rzekę dobrze, bo poruszają się ,,bez pudła'': opłynęli właśnie syfon wzdłuż lewego brzegu. Razem dopływamy do następnego ciekawego miejsca: rzeka znika tu za progiem z dwoma odnogami przedzielonymi dużym głazem. Za nim nie widać cofki, ale dość trudne bystrze skręcające w prawo. Gdyby nie było Niemców pewnie wysiedlibyśmy i obejrzeli to z brzegu, ale oni bez wahania wybierają lewą odnogę i wyraźnie ,,boofując'' położony za progiem odwój płyną pojedynczo dalej. Ruszam za nimi i w momencie napływania na próg dostrzegam dwie rzeczy. Po pierwsze zepsułem napłynięcie: jestem zbyt daleko od skały, która pomogłaby ,,boofnąć'' odwój, a po drugie -- pamiętam tę kataraktę z 1996 roku! Mieliśmy tu wtedy chyba ze dwie kabiny. Odwój za progiem jest rzeczywiście solidny. Przez chwilę przytrzymuje mnie, ale na szczęście wyrzuca w końcu kajak ,,świeczką''. Ląduję wprawdzie dziobem na skale ograniczającej kociołek, w którym burzy się woda odwoju, ale jakoś bronię się przed upadkiem i wyprowadzam kajak na nieregularną pochylnię, która prowadzi mnie wzdłuż skalnej ściany do spokojnej cofki za zakrętem na końcu bystrza. W przelocie dostrzegam, że droga wzdłuż prawego brzegu pozwala wprawdzie uniknąć odwoju, który mnie przytrzymał, ale jest dużo płytsza (a dno wcale nie jest tu równe!), a ponadto prowadzi niebezpiecznie blisko syfonu pod wielkim głazem na prawym brzegu. W cofce spotykam uśmiechniętych Niemców -- chyba nie widzieli, jak skopałem początek momentu, bo w ich uśmiechach i pozdrawiających pomrukach wyczuwam akceptację. Za chwilę w cofce zjawia się Szumek, a po nim Ciastek. Valdi został na górze i robił chłopakom zdjęcia. Wychodzę, aby go zmienić i za chwilę uwieczniam początek naprawdę niezłej akcji: Valdi skopał napłynięcie jeszcze bardziej niż ja i na progu wykonał pół pionowego piruetu, wchodząc w odwój głową w dół. Zdołał jednak wstać i wydostał się z kociołka świeczką podobną do wykonanej przeze mnie. Trochę szkoda, że udało mi się sfotografować tylko początek całej sceny, ale zdjęcia i tak powinny być niezłe.

Wracam do kajaka. Niemców już nie ma, za to Ciastek znalazł w cofce po drugiej stronie rzeki całkiem niezłe wiosło. Wygląda, że leży w wodzie już parę dni. Niestety nie ma na nim żadnego adresu, ani czegokolwiek, co pozwalałoby zidentyfikować właściciela. Nie bardzo jest też jak je wziąć ze sobą, bo do kajaka nie wejdzie. Valdi decyduje się na wymianę. Zostawia swoje wiosło w krzakach (spróbujemy zejść do wąwozu wieczorem i odnaleźć je), a bierze znalezione. Płyniemy dalej...

Opis wszystkich fajnych miejsc na Vecchio zająłby chyba małą książeczkę. Co kilkadziesiąt metrów spotykamy kolejną, ciekawą kataraktę. Dwie decydujemy się obnieść: jedną znowu niestety dlatego, że wylądowaliśmy na jej początku nie na tym brzegu, a cofanie się zajęłoby zbyt wiele czasu. Druga budzi zdecydowany respekt: najpierw napłynięcie przez dwa progi i konieczność gwałtownego skrętu przed wyraźnym syfonem, potem kolejny skręt, wymóg trafienia w próg-pochylnię, ograniczony znowu dwoma syfonami i na koniec skok z trzymetrowego progu z nie za bardzo czystym miejscem lądowania. Obejrzeliśmy i nikt nie miał ochoty próbować. Zwłaszcza ja, po przypomnieniu sobie swojej kabiny z 1996 i długim wyciąganiu kajaka spod kamienia za ostatnim progiem. To było właśnie tutaj.

Warta wspomnienia jest kolejna katarakta, którą obejrzeliśmy z Szumkiem z cofki na prawym brzegu. To znaczy obejrzał ją Szumek i powiedział, że po prawej się nie da, ale po lewej -- można spróbować. Nie chciało mi się wysiadać z kajaka, a zaufanie do Szumka mam (ciągle!) bezgraniczne, więc patrzyłem tylko, jak promował się pod lewy brzeg, spłynął niewielki próg, wybronił się przed wodą wpychającą go pod wielgachny, podmyty kamień przy lewym brzegu, po czym zniknął za kamieniami, najwyraźniej skacząc kolejny próg. Po troszkę przydługiej nieobecności, kiedy zastanawiałem się już, czy nie trzeba płynąć za nim, albo wysiadać i biec na ratunek, pojawił się w końcu w cofce poniżej katarakty i pokazał, że da się. Hmmm... przypomniało mi się, jak zgrabnie wybronił się przed wepchnięciem pod kamień na lewym brzegu i pomyślałem sobie, że ja jestem jednak sporo starszy, sporo grubszy, sporo słabszy i sporo wolniejszy od Szumka. O technice wiosłowania lepiej już nie wspominać... No ale trzeba lecieć. Może spróbuję przytrzymać się na tym niewielkim progu prawą ręką tak, aby woda obróciła mnie (trzeba tam zakręcić pod kątem prostym w prawo) i spłynąć już obok tego paskudnego kamienia...

Jadę. Przejście na środek rzeki spoko, ale na progu zorientowałem się, że jest on jednak troszeczkę za wysoki, a wody płynie za dużo. Nie skręcę i nie zahamuję...trzeba było jednak dwa razy się zastanowić. Woda rzuca mnie pod podmyty kamień. ,,Sufit'' jest zbyt nisko, aby wiosłować, a niezbyt silny, ale jednak wystarczająco wyraźny prąd ciągnie pod skały. Opieram się rękami o coraz niższy sufit i okazuje się, że mogę na szczęście przezwyciężyć siłę nurtu. Wypycham się wzdłuż lewego brzegu do położonej przed podmytym kamieniem cofki. Uf! Widzę teraz, że powinienem od początku nastawić się na płynięcie do tej cofki. Wszedłbym do niej bez problemu skacząc próg w lewo, a nie w prawo i obyłoby się bez nerwów. Nic tam. Lecimy dalej: wychodzę spokojnie z cofki i już bez przygód dopływam do progu, który sprawił Szumkowi kłopot. Widzę teraz czemu: duża część baseniku, do którego trzeba skoczyć jest ,,zajęta'' przez duży, płaski, niewidoczny z górnej cofki kamień. Przy kącie, pod którym napływał Szumek nie było wyjścia: musiał skakać przed kamień i najwyraźniej przytrzymał go odwój. Ja wprawdzie na górze poradziłem sobie gorzej niż on, ale za to tutaj mam łatwiej: napływając z lewej strony bez trudu skręcam na progu kajak w prawo i boofuję obok kamienia. Krótka wymiana zdań z Szumkiem utwierdza mnie w przekonaniu, że lepiej doradzić Ciastkowi i Valdiemu obniesienie tego miejsca. Nie pływają gorzej ode mnie, ale i ja i Szumek mieliśmy jednak sporo szczęścia. Koledzy przyjmują nasze sugestie ze zrozumieniem: Ciastek powie mi potem, że wystarczyły mu emocje, które przeżył wyskakując z kajaka i biegnąc mi na pomoc w przekonaniu, że za chwilę będzie musiał wyciągać mnie spod podmytej skały.

Kilkaset metrów dalej czeka nas kolejna przygoda. Przy przepływaniu jednego z progów Valdi nie przykłada się dostatecznie do boofa i ląduje w odwoju. Nie jest w stanie wyjść z niego i po krótkiej walce kabinuje się, ale głęboka dziura za dwumetrowym progiem trzyma mocno i wciska go pod skały. Tam na szczęście jest nieco spokojniej: Valdi przytrzymuje się ściany i wzdłuż niej wydostaje z odwoju. Szumek pomaga mu wyjść na lewy brzeg. Nie jest jednak do końca dobrze: kajak kręci się dalej w odwoju, a wiosła nie widać zupełnie. Szumek i Ciastek ustawiają się kajakami poniżej momentu, aby łapać sprzęt, gdyby odwój puścił. Ja dopływam w pobliże Valdiego i po krótkie gimnastyce na wcale śliskiej i wcale stromej skale wydostaję się na brzeg. W międzyczasie pojawia się na szczęście wiosło, które woda przez kilka minut trzymała całkowicie ukryte w odwoju. Ciastek łapie je poniżej i wyrzuca do cofki, w której stoi mój kajak. Musimy jeszcze wydostać kajak Valdiego. Na szczęście Valdi nie utracił ducha: przypina się do trzymanej przeze mnie rzutki i dzielnie wskakuje do dziury. Pierwsza próba jest nieudana, ale za drugim razem przy asekuracji kajaka Szumka Valdi łapie swoją łódkę, która za chwilę zostaje wyciągnięta z odwoju i doholowana do cofki. Na szczęście nie ma strat w sprzęcie. Przypięta w kajaku skrzynka Peli ochroniła aparat fotograficzny, nie wypłynęła też z kajaka rzutka. Syci wrażeń i emocji ruszamy w dół rzeki. Tęsknimy już trochę za samochodem i wafelkami, które Ciastek wiezie w swoim kajaku, ale pozwoli zjeść dopiero po zakończeniu pływania. Dobrze, że to już naprawdę koniec. Jak obiecywał przewodnik, ostatnie dwa kilometry są już trochę łatwiejsze. Nie trzeba wysiadać i obywa się bez większych problemów. Za jednym z zakrętów widzimy (nareszcie!) znajomą sylwetkę mostu w Noceta.

Wynosząc kajaki rozglądamy się za transportem w górę rzeki. Szumek myśli już o autostopie, gdy do mostu dopływa trójka kajakarzy: to koledzy Hansa, których poznaliśmy wczoraj na Asco. Szumek pyta, czy wybierają się w górę po zostawione tam samochody. Okazuje się, że samochody są już na dole, ale jeden z Niemców ofiaruje się zawieźć Szumka na miejsce startu. Jak miło!

To jeszcze nie koniec pełnego wrażeń dnia. Zostawiliśmy przecież w wąwozie Vecchio wiosło Valdiego. Ponieważ Szumek chował je w nadbrzeżnych krzakach, a więc on i Ciastek zejdą do wąwozu, a ja i Valdi mamy w tym czasie zrobić niezbędne zakupy. Najpierw musimy jednak zlokalizować na szosie miejsce, z którego najdogodniej będzie zejść do rzeki. Na szczęście zostawiliśmy wiosło w pobliżu bardzo charakterystycznego punktu orientacyjnego: ruin starego kamiennego mostu. Kilka minut wypatrywania z drogi pozwala nam dojrzeć w dole charakterystyczny, przerwany łuk. Ładny kawałek drogi, ale zapewne w pobliżu mostu i widocznych koło niego ruin znajdzie się jakaś ścieżka. Z drogi trzeba jednak ruszać niemal w krzaki, wąską ścieżynką wydeptaną być może tylko przez wszechobecne na Korsyce dzikie świnki. Korzyścią z poszukiwań jest także znalezienie bardzo dobrego miejsca na nocleg: to pustostan przy odciętym przebudową drogi ,,meandrze'' starej szosy. Jest tam kawałek równego asfaltu, stara szopa, w której będzie można się przespać i jest nawet czysty strumyczek, w którym wygodnie będzie się umyć.

Do zmroku pozostała jeszcze pewnie ponad godzina, ale Ciastek i Szumek biorą latarki, bo wyprawa na dno wąwozu może potrwać dłużej. Ja i Valdi wyruszamy w dół rzeki, do najbliższej miejscowości, Venaco. Nie znajdziemy tam jednak nic, poza reklamami supermarketu w odległym o kolejne 12 kilometrów Corte. Cóż, trzeba tam jechać, bo nie mamy już ani pieczywa ani wina. Do Corte przyjeżdżamy 15 minut po zamknięciu Tesco. Jedziemy dalej i na kolejnym rondzie trafiamy na otwarty sklep. Jest na szczęście całkiem spory, po krótkim namyśle wybieramy wino, ale z pieczywem jest problem -- zdaje się, że trzeba je kupować rano, a nie wieczorem. Dopiero po długich poszukiwaniach odkrywamy zapomniane gdzieś w głębi półki dwie bagietki i paczkę pomiętych croissantów. Może wystarczy.

Zeszło nam na tym wszystkim sporo czasu i już w zapadającym mroku ruszamy z powrotem. Trochę się niepokoję, jak sobie poradzą koledzy, ale okazało się, że wszystko poszło jak najlepiej. Zleźli na dół, znaleźli wiosło i bez problemów wrócili na górę, do miejsca wybranego na nocleg. Dotarli tam jakieś 10 minut przed naszym przyjazdem, a więc nie zdążyli się zdenerwować.

Przed nami kolejny ciepły korsykański wieczór. Gotujemy standardowy ma-ka-ron-świderki, do niego pesto, tuńczyk, mielonka dla Ciastka, potem kawka z obowiązkowo spienionym mlekiem (Szumek robi z tego prawdziwy rytuał, a Ciastek adoruje go z widocznym zachwytem!) i w końcu siadamy przy rozpalanym piecyku z kubeczkami pełnymi wina. Dzień był pełen wrażeń i rozmowa jest początkowo dość żywa, ale wkrótce zmęczenie bierze górę i układamy się spać: Szumek wprost na asfalcie obok samochodu, a Ciastek, Valdi i ja w starej szopie. Jeszcze się dobrze nie ułożyłem, gdy z sąsiedniej karimaty dobiega już lekkie pochrapywanie Ciastka.

Budzę się zaniepokojony jakimś dźwiękiem, gdy jest jeszcze niemal zupełnie ciemno. Po chwili rozumiem, że to Szumek brzęka maszynką do gotowania i garnkami -- pewnie robi sobie coś do picia. Czuję, że zrobiło się znacznie zimniej, niż wieczorem -- przydałoby się chyba ubrać, bo poszedłem spać w samych majtkach, ale nie chce się wyłazić z ciepłego śpiwora. W szarówce wstającego dnia widzę, że obok śpi tylko Valdi -- jak się dowiem rano, Ciastek wyniósł się w nocy, bo ,,gruby strasznie chrapał'' (to o mnie!). Zasypiam znowu, żeby obudzić się już w pełnym świetle, choć słońce nie wyszło jeszcze zza szczytów gór na przeciwległej ścianie wąwozu. Jest dopiero 6:30.

Perypetie z Kaktusami

Wtorek. Niby świeci słońce (choć jeszcze ukryte za górami), ale ciągle jest dość zimno. Wygoniony z szopy moim chrapaniem Ciastek nie bardzo chce wyleźć ze śpiwora, narzeka także Szumek. Istotnie, miało być inaczej, bo sprawdzana przeze mnie długoterminowa prognoza pogody serwisu AccuWeather przepowiadała na Korsyce temperatury dzienne w granicach 15-18 stopni i nocne nie spadające poniżej 8. Tymczasem samochodowy termometr Szumka pokazuje o siódmej rano +2. Pocieszamy się, że może po drugiej stronie gór będzie cieplej. Dlaczego po drugiej stronie? Ano, nawiązaliśmy wczoraj po południu kontakt z grupą Kaktusa, który dotarł wreszcie na Korsykę i teraz śpi gdzieś na kempingu koło Francardo, nad środkowym Golo. To jakieś 60 kilometrów na północ od nas. Ustaliliśmy, że spróbujemy przepłynąć dziś stosunkowo łatwy (WW 4) odcinek Taravo, położonej na południu wyspy. Nam pozwoli to odetchnąć po emocjach, których dostarczyło nam Vecchio, a Kaktusowi -- rozpływać się, bo przecież dla niego Taravo będzie pierwszą rzeką w tym roku.

Jemy śniadanie, pakujemy się niespiesznie i wyruszamy drogą na południe. Przed nami i tak dość długie oczekiwanie na samochód z ,,Kaktusami''. Postanawiamy umówić się w Vivario, gdzie od drogi N 193 (wiodącej do Ajaccio) odchodzi kręta, górska D 69, którą powinniśmy dostać się do Zicavo, położonego już nad górnym biegiem Taravo. Droga do Vivario zajmuje nam niecały kwadrans. Koło kościoła znajdujemy tam hotel z niestety jeszcze zamkniętą restauracją/kawiarnią, ale na jego tyłach jest pizzeria, której właścicielka potwierdza, że możemy wypić kawę. Wchodzimy więc do środka i za chwilę siedzimy już nad filiżaneczkami espresso. Drobną uciążliwością jest jedynie właścicielka lokalu, która mimo bariery językowej (mówimy po francusku tylko ,,łi'', a ona po angielsku tylko ,,żes'') postanawia zabawiać nas rozmową i wypytuje o cel pobytu na Korsyce. OK, właśnie oglądamy zdjęcia i omawiamy jeszcze raz wrażenia z Vecchio, więc bez trudu możemy pokazać pani, po co tu przyjechaliśmy. Zdjęcia robią zresztą ogromne wrażenie; z posapywań i okrzyków właścicielki lokalu jesteśmy w stanie dowiedzieć się, że Vecchio wymawia się tu po prostu weko, natomiast nas uważa pani za lekko stukniętych szaleńców. Nic nowego. Uciążliwa grzeczność właścicielki robi się wkrótce trudna do zniesienia dla moich kolegów. Dość pośpiesznie dopijamy kawę i decydujemy się czekać na Kaktusa na parkingu przed kościołem. Na szczęście Skoda Octavia z umocowanym na dachu żółto-czarnym Glissem pojawia się tam już po kilkunastu minutach.

Po przywitaniu wyruszamy już w pewnym pośpiechu w kierunku Taravo. Mamy do przejechania około 80 kilometrów bardzo krętymi i wąskimi drogami prowadzącymi przez dwie przełęcze o wysokości około 1300 m.n.p.m. Za drugą z tych przełęczy wjeżdżamy w wąwóz Taravo. Wiemy, że rzeka wije się gdzieś w dole, ale trudno ją dostrzec między bujną roślinnością porastającą wąwóz. Zobaczymy ją porządnie dopiero po przejechaniu kolejnych 25 kilometrów, na moście koło Vergajo. Odcinek, który widać z mostu to katarakta WW 5, podobno typowa dla tego odcinka rzeki. Dziś mamy w planie coś zupełnie innego niż ten hardcore, ale postanawiamy sobie zapamiętać Taravo jako rzekę wartą dokładniejszego poznania.

Jedziemy dalej w dół rzeki i po kilku kilometrach wjeżdżamy na zupełnie lokalną, niesamowicie wąską i krętą drogę D 757, która oddala się od Taravo i ma nas doprowadzić do Olivese. Asfalt jest jednak zupełnie porządny i już po kilkunastu minutach jesteśmy za Olivese na prowadzącej ponownie nad rzekę, świeżo wyremontowanej drodze D 26. Około 12:30 dojeżdżamy do mostu, od którego mamy zacząć płynięcie. Szybko przebieramy się w ciuchy do pływania, umawiamy z kolegami Kaktusa (zwiozą oba samochody) na moście drogi N 196, gdzie zamierzamy skończyć i skrajem ,,łąki'' porośniętej suchą trawą i niesamowicie kolczastymi dzikimi różami schodzimy na skraj wąwozu, a następnie drapiemy się w dół, nad brzeg rzeki.

Wydaje mi się, że wody jest sporo mniej, niż pamiętam z 1996. Taravo jest jednak sporą rzeką, na oko płynie tu około 15 metrów sześciennych na sekundę, a więc nie powinno być problemu ze spływem. Największą atrakcją ma być 4-metrowy wodospad, na który powinniśmy natrafić po przepłynięciu około półtora kilometra. Po nim przewodnik i moja pamięć obiecują jeszcze wiele fajnych ,,czwórkowych'' katarakt.

Po wrażeniach z Vecchio Taravo jest dla nas prawdziwym odpoczynkiem i relaksem. Ja wprawdzie, swoim utartym zwyczajem, pakuję się na jednej z pierwszych katarakt pod podmyte krzaki, a z nich pod podmyty kamień, ale udaje mi się wybronić z całej sytuacji głęboką podpórką. Poza tym żadnych specjalnych przygód, nawet wodospad spłynęliśmy na zupełnym luzie, po lewej stronie, według rad z przewodnika. Z całej grupy tylko Kaktus ma na największych bystrzach trochę problemów z opanowaniem łódki: jego stary, płaski Gliss zachowuje się w odwojach zupełnie inaczej, niż nasze obłe i dużo bardziej wyporne kajaki.

Po niecałych trzech godzinach docieramy do starego mostu na końcu odcinka, wychodzimy na drogę i... orientujemy się, że samochody czekają zapewne na zupełnie innym moście. Mapa w moim telefonie pokazuje wyraźnie, że droga N 196 była przebudowywana i biegnie teraz nad Taravo nowym mostem, a ten, na którym stoimy, to most na zapomnianej odnodze starej drogi. Rzeczywiście: ruch na drodze prawie żaden, a przecież N 196 to jedna z głównych dróg na wyspie. Łączy Ajaccio z Bonifaccio. W 1996 roku taka pomyłka byłaby sporą uciążliwością, ale teraz mamy przecież telefony komórkowe. Wysyłamy SMS i po kilkunastu minutach pojawiają się oba samochody. Możemy założyć suche ciuchy, bo te do pływania zdążyliśmy zdjąć i porozkładać do wysuszenia na obmurowaniu drogi. Jest już po 15, ale słońce przygrzewa jeszcze i jest dość ciepło.

Rozpoczynamy utarty już rytuał gotowania makaronu (dziś dla odmiany kokardki!). Zamierzamy ugościć obiadem ,,drużynę Kaktusa'' (okazało się, że zostawili większość rzeczy na kempingu we Francardo i przyjechali nad Taravo bez garów, śpiworów i namiotów), ale wybucha tam mały rodzinny spór. Najwyraźniej Kaktus chętnie przyłączyłby się do naszej grupy, ale jego koledzy są chyba znudzeni bezczynnością w czasie naszego pływania i inaczej wyobrażali sobie pobyt na Korsyce. Po krótkiej dyskusji Kaktusy postanawiają wracać do Francardo. Zdaje się, że doszli do niejakiej zgody: jutro Kaktus ma znowu pływać z nami, ale musimy znaleźć rzekę, nad którą zdążą dojechać z Francardo o sensownej porze.

Szybkie wertowanie przewodnika kończy się wyborem Liamone. To ciekawa rzeka położona na północ od Ajaccio. My mamy do przejechania jakieś 110 kilometrów, ale wszystko jedno -- i tak chcemy obejrzeć możliwie dużo. Najważniejsze, że jutro rano Kaktusom wystarczy półtorej godziny, żeby dojechać ze swojego kempingu. Umawiamy się na telefon jutro rano i spotkanie w okolicach Vico nad Liamone. Kaktusy znikają, a my siadamy do makaronu. Jemy go z pesto, tuńczykiem i, jak zwykle, mielonką dla Ciastka. Po makaronie standardowy rytuał z parzeniem kawy i ubijaniem mleka i możemy już wyruszyć w stronę Liamone. Planujemy dojechać nad morze w okolicach ujścia tej rzeki i znaleźć jakiś nocleg na wybrzeżu, które mapa określa zachwycającą i ekscytującą (dla Ciastka: niepokojącą) nazwą Plage du Liamone.

Do planowanego miejsca noclegu docieramy już w zapadającym zmroku. Jakieś pięć kilometrów przed ujściem Liamone dojeżdżamy do wybrzeża, ale do mostu przekraczającego tę rzekę nie możemy wypatrzyć żadnego sensownego miejsca. Dopiero około trzech kilometrów dalej zauważamy polną drogę schodzącą w lewo do morza. Z naszego pasa nie możemy tam skręcić, więc przejeżdżamy jeszcze prawie dwa kilometry, aby na przedmieściach Sagone zawrócić. Z niepokojem, bo upatrzona droga jest dość stroma i wyboista, zjeżdżamy nad brzeg morza. Niestety, to nie to: nad samym morzem dostrzegamy przybitą do drzewa wielką tablicę z przekreślonym namiotem, a do tego sam brzeg wcale nie jest bezludny. Stoi tu już kilka samochodów, w tym jeden kamper, którego pasażerowie zamierzają chyba zignorować zakaz biwakowania.

Porzucamy więc nadzieję spędzenia nocy nad brzegiem morza i w Sagone skręcamy w drogę D 70, która już po dwóch kilometrach przenosi nas w zupełnie inny świat: znowu jesteśmy w górach. Jest ciemno i raczej niezbyt ciepło. Valdi zaczyna przebąkiwać o potrzebie znalezienia kempingu z ciepłym prysznicem. To nie jest zły pomysł, myślę sobie, ale wrodzone skąpstwo bierze na razie górę. W Vico na rondzie z dużą tablicą ,,Camping 200 m'' i strzałką wskazującą na wprost my skręcamy w lewo i jedziemy nad Liamone. Po dwóch kilometrach zjazdu, najpierw po wąskich uliczkach, a potem wzdłuż jakichś pól, czy ogrodów jesteśmy na moście. W dole słychać Liamone, ale jakoś słabo. Schodzimy nad rzekę, która w zapadłych już zupełnych ciemnościach daje się obejrzeć tylko przy świetle latarek. Mała jakaś. I w sensie wielkości koryta i ilości wody, która nim płynie. Zaczynamy kręcić się w okolicach mostu w poszukiwaniu jakiegoś zacisznego zakątka nadającego się do przenocowania, ale okazuje się, że okolica nie jest wcale bezludna. Rozlega się bliskie szczekanie psa, najwyraźniej zaniepokojonego naszą krzątaniną.

Pakujemy się do samochodu i grzecznie jedziemy na kemping w Vico. Wyjście z samochodu upewniło nas, że noc zapowiada się ani ciepło, ani sucho, a więc wizja ciepłego prysznica stała się bardzo ponętna dla wszystkich. Niestety. W bramie kempingu spotykamy się z jego dozorczynią, czy właścicielką, która wyraża się wprawdzie po francusku, ale zupełnie zrozumiale: ZAMKNIĘTE! Jeszcze nie sezon.

Wsiadamy więc znowu do samochodu i jedziemy dalej drogą D 70. W końcu znajdujemy miejsce, gdzie można zjechać z drogi w las. Miejsce jest nawet niezłe, to rzadki las kasztanowy, ale trochę nas niepokoi obecność jakiejś dziwnej, niewielkiej, pustej zagrody (dla świń?) i poprzybijane do drzew tabliczki z napisami po francusku. Szumek postanawia nawet wysłać tekst z tabliczek SMS-em do mieszkającej we Francji cioci (przetłumaczyła i odpowiedziała rano następnego dnia: ,,Teren prywatny''). Nic lepszego chyba jednak nie znajdziemy, więc rozbijamy z Valdim tropik od namiotu (bo pokapuje słaby deszczyk), a Ciastek rozkłada sobie płachtę w pewnej odległości od nas (,,gruby chrapie''). Szumek jak zwykle przygotowuje sobie legowisko w samochodzie.

Po rozłożeniu biwaku wyciągamy z samochodu kupione po drodze (w prawdziwym regionalnym sklepiku) wino, bagietkę i ser i rozpoczynamy kolację przy rozpalonym piecyku Maruchy. Trzeba pilnować ognia, bo dookoła wszystko mokre, a deszcz stopniowo przybiera na sile. W końcu wygania nas spać. Tyle, że pożarliśmy doskonały ser i świeżutką bagietkę, która miała starczyć także na rano (spora była!).

Pechowy dzień

Rano budzi mnie słaby deszczyk lekko bębniący w tropik. Jest już jasno i zimno jak nie wiem co! Wygrzebuję się ze śpiwora i idę zobaczyć, czy Ciastek przeżył noc w swoim cieniutkim śpiworku. Z trudem znajduję głowę w kłębowisku liści i płachty. Głowa zdradza oznaki życia, a jej właściciel informuje mnie zbolałym głosem, że w nocy temperatura spadła według jego obserwacji poniżej -20 stopni. Nie kłócę się.

Zbieramy się powoli do śniadania składającego się z płatków kukurydzianych z mlekiem. Valdi, który mleka nie jada, przygotowuje sobie kaszę gryczaną z orzechami i miodem. Daje spróbować -- niezłe! Dopiero koło 9 przygrzewające słońce wprawia nas w lepszy nastrój. Pakujemy do samochodu wszystkie klamoty i ruszamy do Vico. W międzyczasie kontaktujemy się z grupą Kaktusa: będą za godzinę, a więc zdążymy akurat pojechać na dół Liamone i obejrzeć wodowskaz. Umawiamy się z Kaktusami pod kościołem (później okaże się, że liczące na oko około 2 tysiące mieszkańców Vico ma tych kościołów co najmniej 5) i ruszamy kolejną wąską i krętą drogą do Ponte de Truggia (16 kilometrów w dół rzeki od Vico), gdzie sprawdzimy stan wody. Droga zajmuje nadspodziewanie dużo czasu, dość długo we dwóch z Ciastkiem szukamy też wodowskazu, ukrytego wśród skał, jakieś 100 metrów powyżej mostu, na prawym brzegu Liamone. Sprawdzamy stan rzeki i z patrzymy po sobie z niedowierzaniem. Wodowskaz pokazuje dobrze ponad 100 (jakieś 105 centymetrów) -- to bardzo wysoka woda, bo przewodniki zalecają dla tego odcinka nie więcej niż 90 centymetrów. Będzie niełatwo, bo trudność tego odcinka to WW 4-5 już przy średniej wodzie. Zwłaszcza dla Kaktusa, na jego płaskim, mało wypornym Glissie nie będzie to dobra zabawa. Decydujemy się zmienić rzekę i przepłynąć dolny odcinek Cruzzini, dopływu Liamone, który kończy się pływać w tym samym miejscu, gdzie jesteśmy. Także i dla Cruzzini przewodnik z kajak.at zaleca wodę niższą niż to, co wskazuje wodowskaz, ale Cruzzini jest łatwiejsza (do WW 4), więc powinniśmy bez problemów sobie poradzić.

Wracamy do Vico, spotykamy Kaktusów przy innym kościele niż myśleliśmy (ale najważniejsze, że są) i wracamy do Ponte Truggia. Przejeżdżamy teraz na drugi brzeg Liamone i wspinamy się w górę, aby trochę okrężną, ale jedyną dostępną drogą dostać się do doliny, w której płynie Cruzzini. Po czterdziestu minutach jesteśmy już w miejscowości Lopigna -- za nią droga powinna zejść w pobliże rzeki i będziemy mogli wybrać miejsce startu. Przy jednym z ostatnich domów w Lopigna spotyka nas jednak prawdziwy pech: zza zakrętu wypada nagle pędzący środkiem drogi biały pickup Peugeot. Wali prosto na nas i nic dziwnego, że Szumek zbyt nerwowo skręca kierownicę w prawo, aby uniknąć zderzenia. Niestety, krawężnik jest w tym miejscu dość wysoki i ostry: wpadamy na niego prawym przednim kołem, zupełnie niszcząc oponę. Nie będzie dzisiaj pływania! Na usta ciśnie się francuskie słowo z dźwięcznym rrr w środku.

W tej sytuacji żegnamy się z Kaktusami, rozpakowujemy samochód, zostawiamy Ciastka na straży mielonki, a Valdiego -- pozostałego dobra i wyruszamy we dwóch z Szumkiem szukać serwisu, w którym da się kupić nowe opony. W Lopigna nic nie ma, napotkana Korsykanka wysyła nas do położonej nad brzegiem morza Tiucci, skąd będziemy musieli udać się aż na przedmieścia Ajaccio. W sumie ponad 50 kilometrów, po krętych górskich drogach, na dojazdowym kole z przodu. Dzień z głowy! Z wypadkiem wiążą się też dodatkowe koszty, bo Szumek musi kupić dwie nowe opony.

Wracamy do Lopigny dobrze po 16, bo Szumek załatwiał jeszcze w drodze interes życia (a przynajmniej interes roku) -- błogosławione komórki, pozwalają pracować nawet na wyjeździe kajakowym. Podekscytowany Ciastek opowiada nam o napadzie hordy półdzikich świń, które osaczyły go śpiącego pod płotem, na kupie bagaży i zdołały pożreć opakowanie suchej kiełbasy razem z folią. Na szczęście nie zdobyły mielonki, której Ciastek bronił co najmniej tak zaciekle, jak nasi piłkarze bronią własnej bramki w czasie meczów towarzyskich. W każdym razie mielonka i Ciastek ocaleli. W tym czasie Valdi, jako prawdziwy artysta, robił zdjęcia innym świniom. Na szczęście były usposobione bardziej pokojowo, niż te Ciastkowe i nie zjadły aparatu. Przyda się jutro, bo postanowiliśmy jechać od razu na Rizzanese.

Ładujemy samochód i wyruszamy ponownie w stukilometrową podróż na południe -- po co właściwie pchaliśmy się wczoraj na północ? Późnym wieczorem, po przejechaniu niesamowitej przełęczy z wypalonym lasem, docieramy na most, pod którym znajduje się wodowskaz Rizzanese i gdzie zwykle zaczyna się standardowy odcinek. Jest ciemno i nie widać zupełnie wodowskazu, ale woda szumi -- jedziemy w dół rzeki w poszukiwaniu miejsca do spania. W pobliskiej miejscowości Zoza zatrzymujemy się przed otwartą mimo późnej pory restauracją. Kusi światłem, ciepłem (za oknami samochodu znowu +5!) i możliwością zjedzenia czegoś dobrego. Wchodzimy, rozsiadamy się wygodnie i nawiązujemy kontakt z kelnerką, która mówi po angielsku! ,,I have just one menu'' -- wyjaśnia, ale to zupełnie nam nie przeszkadza. Zamawiamy, nie wiedząc nawet co i karafkę czerwonego wina. Wino zjawia się na stole natychmiast, a dochodzące wkrótce z kuchni zapachy upewniają nas, że nie pomyliliśmy się, bo tajemnicza potrawa będzie z mięsa, smażona i zachwycająco pachnąca. Rzeczywiście, za kilka minut możemy już rzucić się na wołowe siekane kotlety (mniam!) z sałatką (mniam!mniam!) i podsmażanymi pulpecikami z ziemniaczanego pure -- mniam, ale czemu ich tak dużo?! Do tego sosik majonezowo-czosnkowy i świeża bagietka! Pożeramy z entuzjazmem wszystko, tylko ja zostawiam połowę ziemniaków (,,grubas'' jednak trochę boli). Jest i druga karafka wina oraz woda dla Szumka -- kelnerka napełnia dzbanek po prostu w ciurkającym przed knajpką źródełku. Myślimy, że to już koniec, ale za chwilę zjawiają się na stole polane czekoladowym sosem gorące ptysie nadziewane lodami (jak oni to zrobili, ale MNIAAAAAM!!!!). Chyba pęknę.

Rozleniwieni tkwimy za stołem jeszcze godzinę po posiłku. Ciastek przynosi z samochodu laptopa, Valdi podładowuje baterie do aparatu, oglądamy zdjęcia, Szumek znów znika w swoim Blackberry. Ale spać tu przecież nie będziemy. W końcu z ociąganiem opuszczamy knajpę, wsiadamy do samochodu i ruszamy w dalszą drogę. Zjeżdżamy jeszcze ponad dziesięć kilometrów w dół rzeki, aż do mostu położonego na końcu standardowego odcinka. Nigdzie niestety nie znajdujemy miejsca do spania. W końcu decydujemy się wracać do mostu z wodowskazem. Znów przejeżdżamy przez Zozę, obok zamkniętej już restauracji i nareszcie zaraz powyżej miejscowości widzimy miejsce, które z braku czegoś lepszego posłuży nam dziś za sypialnię: świeżo wykopaną w zboczu góry zatoczkę po prawej stronie drogi. Obok jest nawet ujęty w kamienne koryto potoczek, z którego rano będziemy mieli świeżą wodę. Jest już koło północy, a więc szybko rozkładamy się na płachtach do spania.

Rizza

Budzę się o świcie. Sprawdzam zegarek: dopiero 6, ale nie chce mi się już spać. Wstaję i zaczynam rozglądać się po okolicy. Okazuje się, że spaliśmy niecałe 100 metrów od niewielkiego cmentarza przytulonego do zbocza góry. Po drugiej stronie drogi widać w pewnym oddaleniu ostatnie domy Zozy, słychać też głośny szum Rizzanese. Wydaje mi się, że jesteśmy gdzieś na wysokości pierwszego niespływalnego wodospadu. Po godzinie wszyscy jesteśmy już na nogach. Decydujemy zjeść śniadanie na moście z wodowskazem. Docieramy tam dosłownie po pięciu minutach. Rozkładamy rzeczy do suszenia i usiłujemy sprawdzić wodowskaz. Niestety -- jest zbyt daleko, nie tylko dla moich starych oczu. Sprytny Ciastek wpada na pomysł sfotografowania wodowskazu: za chwilę możemy już na powiększonym zdjęciu odczytać: prawie 80 centymetrów to dobra, średnia woda.

Przed pływaniem trzeba jednak coś zjeść. Postanawiamy poszukać w tym celu miejsca, gdzie słońce pojawi się wcześniej niż na moście, który jeszcze przez kilka godzin będzie leżał w cieniu. Znajdujemy je o kilometr w górę rzeki, ponownie rozkładamy rzeczy do suszenia i jemy śniadanie. Po nim wracamy na most, przy którym stoi już samochód z niemiecką rejestracją, a czterech kajakarzy kończy przygotowywać się do pływania. Szykujemy się i my. Szybko, bo koło mostu już za chwilę tłoczno od samochodów z kajakami. Jest i Hans z dużą grupą znajomych. Postanawiamy puścić ich przodem, co powoduje dodatkową zwłokę, ale koniec końców schodzimy jednak na wodę.

Ruszamy spod mostu pomiędzy pierwsze głazy blokujące rzekę. To jeszcze nie jest prawdziwa Rizzanese. Jej charakter określa cała seria nieregularnych wodospadów, z których dwa zwykle się obnosi, ale najwyższy -- 10-metrowy -- spływa. Czuję się troszkę nieswojo. Po chwili uświadamiam sobie, że źródłem tego niepokoju jest właśnie wodospad. W 1996 roku obnieśliśmy go, bo przy wychodzeniu na brzeg poleciał w dół jeden z kajaków i priorytetem było odzyskanie łódki i schowanego w niej aparatu. Przez piętnaście lat marzyłem o tym wodospadzie, a teraz czuję, że nie wiem, czy naprawdę chcę go płynąć. Uświadomione źródło lęku staje się od razu mało ważne. W końcu przyjechałem tu pływać, czuję się na wodzie coraz pewniej, a zabawa przednia. Zobaczę, co będę czuł stojąc nad wodospadem.

Kolejne, pokonywane z łatwością progi utwierdzają mnie w dobrym samopoczuciu. Troszkę zmniejsza się ono na przedostatnim przed ,,dziesiątką'', pięciometrowym wodospadzie, który kończę głową w dół: jakiś niedopatrzony występ skalny obrócił kajak w momencie skoku. Wstaję jednak eskimoską bez problemu i już za chwilę płyniemy dalej. Nie ma dużo czasu na refleksje, bo po kilkuset metrach skaczemy kolejny, ,,tylko dwumetrowy'' (ale walec niezły!) próg i lądujemy już w jeziorku przed głównym wodospadem. Właśnie rusza kolejny kajakarz. Troszkę mu zazdroszczę, że ma już za sobą decyzję, którą ja muszę dopiero podjąć. Dobijając do brzegu widzimy, jak znika za progiem. Chwila ciszy... i słychać z dołu triumfalny krzyk. Wyłazimy z kajaków i wyciągamy łódki na brzeg. W tym czasie za progiem znika kolejny Niemiec. Ciastek śpieszy się tak bardzo, że zostawia łódkę w przejściu i chce lecieć oglądać. Drę się na niego: troszkę dlatego, że szum rzeki zagłusza normalną rozmowę, ale troszkę chyba ze zdenerwowania.

Stoimy już nad wodospadem. Płynie go właśnie kolejny Niemiec -- młody chłopak z grupy Hansa w żółtym Jacksonie Hero. Napływa jakoś dziwnie, samym środkiem. Wydaje się, że to najgorsza z możliwych dróg, bo wrzuca go w sam środek ,,podkowy'' u stóp wodospadu, bez możliwości boofa i uniknięcia odwoju. Ale odwój chyba nie trzyma, bo za chwilę widzimy, jak kajakarz wypływa szczęśliwy na dole. Po chwili drugi i kolejny robią dokładnie to samo i tak samo kończą. Przyglądamy się jeszcze chwilę i ruszamy z Szumkiem do kajaków. Valdi i Ciastek mają robić nam zdjęcia, a potem my zrobimy zdjęcia im.

Nie mam już wątpliwości. Czuję, że chcę to płynąć i jestem przekonany, że dam radę. Dla samego siebie (choć fajnie byłoby mieć zdjęcie z dziesięciometrowego lotu). Wsiadam do kajaka, gdy przybiega Ciastek i krzyczy, że kolejny Niemiec złamał wiosło i kabinował się po zerwaniu przez wodę fartucha. Troszkę zmniejsza to moje przekonanie o pewności ,,niemieckiej'' drogi, ale skoro wszyscy tak robią, to i ja zmieniam wcześniej wymyśloną taktykę. Szumek też się nad czymś zastanawia. Wskazując na Niemców, znikających kolejno za progiem mówi: ,,musimy się pospieszyć, póki oni jeszcze tam są''. Rzeczywiście. Asekuracja za wodospadem jest możliwa tylko z dołu i lepiej płynąć w przekonaniu, że jest tam na dole ktoś, kto w razie czego poda dziób, albo rzuci rzutkę. Dalsza droga z jeziorka pod wodospadem nie jest wcale łatwa, a większość wody spływa pod paskudnie podmytą skałę na prawym brzegu. W kajaku łatwo to ominąć, ale wpław, po ewentualnej kabinie może być paskudnie. Trzeba jechać.

Siedzimy już obaj na wodzie i Szumek wypływa z cofki. Robi jeszcze dwa kółeczka w ostatniej cofce przy prawym brzegu, tuż nad krawędzią wodospadu. Chyba i jemu nieobcy jest niepokój. W końcu rusza jednak i śladem poprzedników znika na progu, na samym środku wodospadu. Czekam na skraju cofki na kolejny triumfalny okrzyk, ale po chwili widzę, że Valdi zaczyna się jakoś nerwowo ruszać. Ciastka, który zszedł niżej na razie nie widzę, ale po chwili wynurza się zza skał jego głowa i słyszę krzyk: ,,Kabina! Zerwało mu fartuch!''.

Kurcze! -- myślę sobie -- nie ma na co czekać, bo niby są tam Niemcy, ale swoich trzeba ratować. Wychodzę więc z cofki i energicznie wiosłuję w stronę progu. Nie zmieniam taktyki, choć okazała się ona nienajlepsza, ale w końcu większości się udało, więc może i ja przelecę. Prędkość nie na wiele się przydaje, bo wodospad jest w środkowej części bardzo stromą, ale jednak pochylnią: nie odrywam się od strumienia wody, tylko zakręcam razem z nim w dół. Myśląc sobie ...piiiiiiii... lecę w dół i wpadam w kocioł u stóp wodospadu. Kajak wbija się pionowo w wodę i, niestety, odwój przytrzymuje mnie w tej pozycji przez dobrą sekundę, może dwie. Potem obraca kajak o 180 stopni wokół podłużnej osi i zrywa fartuch -- czuję wlewającą się do kajaka wodę, ale jednocześnie coś optymistycznego: woda wyrzuca kajak tyłem z kotła pod wodospadem. Próbuję wykonać eskimoskę i obracam się głową w górę, ale wypełniony wodą dziób zanurza się pod wodę. Rufa sterczy z wody pod kątem 45 stopni. Na szczęście jest wypełniona komorami powietrznymi i utrzymuje kajak na wodzie, a ja jestem już poza odwojem i płynę pod lekko podciętą ścianę skalną na prawym brzegu. Bronię się przed wywróceniem i jednocześnie wykładam na rufę, aby odciążyć dziób i wyprostować łódkę. Po chwili czuję już, że opanowałem sytuację, odwracam kajak dziobem w stronę lewego brzegu i już po spokojnej wodzie płynę w kierunku niewielkiego cypla skalnego, na który będę mógł wyjść i wylać wodę. Stoi tam dwóch Niemców, a na brzeg wyłazi też właśnie Szumek. Jego kajak kołysze się na wodzie w spokojnej cofce przed cyplem. Niemcy wymachują w moim kierunku rzutką. Nie chcę tej pomocy, bo czuję, że kabina nie ma sensu. Do kajaka nie wlewa się już woda i będę w stanie o własnych siłach dopłynąć do brzegu. Nawet pełnym wody kajakiem pływa się znacznie lepiej, niż holuje go wpław. Wydaje mi się, że krzyczę do Niemców ,,I can manage!'', ale chłopaki powiedzą później, że było to ,,I can do it!'' i będą mieli się z czego śmiać do końca wyjazdu.

Wyłażę na skałę, wylewam z kajaka wodę, odkładam go przy ścianie i jestem gotowy do medialnej obsługi Ciastka i Valdiego. Ciastek opuszcza mi na rzutce Peliboksa z aparatem w środku. Valdi siedzi jeszcze chwilę na krawędzi skały, 5 metrów nade mną i mogę mu doradzić, aby płynął nie samym środkiem, tylko bardziej z prawej. Szumek wyłazi na górę, aby przejąć od Valdiego aparat. Zostaję na cypelku z dwoma Niemcami. Teraz poznaję ich: są z trzyosobowej grupy, która zeszła na wodę jakiś kwadrans przed nami. Na oko mają około czterdziestki, a zapamiętałem ich, bo był z nimi kolega znacznie starszy, na pewno po sześćdziesiątce. Utkwił mi w pamięci, bo widząc go pomyślałem, że mam jeszcze przed sobą parę lat pływania po prawdziwych górach. No właśnie: gdzie ten trzeci? Dowiaduję się tego szybko, bo już po chwili dziarski sześćdziesięciolatek pojawia się na krawędzi skały powyżej cypla. Opuszcza na rzutce swój kajak: niebieski Mystic z mocno wgniecionym dziobem. Pomagam ułożyć kajak na cypelku, gdzie zaczyna już brakować miejsca. Jak on zejdzie? -- zastanawiam się, ale Niemiec znika z krawędzi, a za chwilę słyszę głośny plusk za załomem skały. No tak -- skoczył tam z góry do cofki. Moment -- i wypływa zza krawędzi, gramoli się na śliską skałę. Zaraz potem wszyscy Niemcy siedzą w kajakach i żegnani moim uniesionym kciukiem znikają za kolejnym progiem.

Mogę się teraz skupić na fotografowaniu. Wprawiam się na zdjęciach kolejnej grupy Niemców, którzy w większości ześlizgują się po niemal zupełnie suchej skale po samej prawej krawędzi wodospadu. Ale jeden z nich płynie drogą, którą ja sam chciałem początkowo wybrać: napływa z lewej strony i efektownie boofuje próg, aby wylądować pod optymalnym moim zdaniem kątem 45 stopni w wodę wypływającą z odwoju. No tak -- trzeba było zrobić tak samo.

Ciastek skacze wodospad bardzo ładnie: napływa podobnie, jak ja i Szumek, kończąc wprawdzie do góry dnem, ale z fartuchem na kokpicie. Wstaje i już za chwilę robię zdjęcie jego uśmiechniętej i wyraźnie zadowolonej twarzy. Dobija do cypla, wysiada z kajaka i idzie fotografować Valdiego. Ten leci wręcz koncertowo. Troszkę z prawej strony najeżdża z rozpędem na próg i sekundę później wyskakuje z impetem z chmury wody rozpylanej u podnóża wodospadu. Chyba nawet głowy nie zamoczył. Też bym czasem chciał ważyć 50 kilo.

Czekamy teraz na Ciastka, który spuszcza z góry skrzynkę z aparatem Valdiego, po czym znika, podobnie, jak wcześniej mój ulubiony Niemiec. Mówię do Waldka: ,,uważaj, Ciastek zaraz skoczy do cofki za tym załomem'', ale chyba mnie nie słyszy. Chcę powtórzyć, ale nie trzeba: słyszymy obaj potężny plusk, zza załomu wylewa się fala wody, a za chwilę przypływa Ciastek. Twarz ma zbolałą i czerwoną, jak Indianin. Okazało się, że nieostrożnie zaplątał stopy w gałęzie dzikiej róży i spadł z co najmniej pięciu metrów na płask do wody. Brrrrr!

Szumek i Valdi, którzy siedzą już w kajakach, lecą dalej. My z Ciastkiem też wsiadamy i płyniemy za nimi. Kolejny próg jest też niebanalny. Ma dobrze ponad dwa metry wysokości i skacze się w dość niewielki kociołek, otoczony skałami. Adrenalina po dziesięciometrowcu robi jednak swoje: zupełnie bez emocji napływamy i skręcając dziób w prawo gładko boofujemy do cofki poniżej.

Ruszamy dalej, ale to już prawie koniec emocji. Jeszcze dwa, trzy niewielkie progi, ale charakter rzeki wyraźnie się zmienia. Wypłynęła z prawie-kanionu o wysokich pionowych ścianach i płynie teraz po kamieniach w wyraźnie V-kształtnej dolinie. W nurcie pojawiają się krzaki i, o dziwo, także trzciny. Pamiętam z opisu, że ostatnim mocnym akcentem będzie przedzielona wyspą katarakta, gdzie Rizza przedziera się przez ostatnią skalną barierę i gdzie lepiej jest wybrać prawą odnogę. Chyba zbliżamy się już do tego miejsca, więc trzymam się prawego brzegu. Nie reagujący na moje wołania Szumek płynie w lewo. Ciastek podąża za Szumkiem, a Valdi za mną i nasza grupka dzieli się na dwa zespoły. Po kilkudziesięciu metrach widzę, że miałem rację. Dopływamy do skalnej bariery, przez którą rzeka przedziera się sekwencją nieregularnych progów. Nie jest to łatwe, ale da się płynąć bez wysiadania: widzimy wyraźną drogę do cofki poniżej pierwszego progu, stamtąd cofkę za kolejnym progiem itd, itp. Już po kilkunastu sekundach docieramy do kładki dla pieszych kończącej trudny odcinek rzeki. Dalej można jeszcze płynąć 8 kilometrami ,,trójki'' do mostu, przy którym dogodnie jest zakończyć spływ. Woda pod kładką jest już zupełnie spokojna. Stoi tam kilku Niemców, którzy z zainteresowaniem patrzą w górę rzeki. Patrzymy i my i widzimy Szumka i Ciastka, którzy wyszli właśnie z kajaków i oglądają główną przeszkodę w lewej odnodze rzeki: wąski, dwumetrowy próg z bardzo paskudnym odwojem. Lepiej to obnieść i tak właśnie robią chłopaki.

Za chwilę wychodzimy wszyscy na brzeg poniżej kładki. Nie chce mi się płynąć dalej (szkoda czasu na wożenie się po ,,trójkowych krzakach'') i namawiam kolegów na wyjście w górę do drogi. O ja głupi!

Ładujemy łódki na ramię i zaczynamy mozolną wspinaczkę po stromej ścieżce na lewym brzegu rzeki. Idzie w górę i w górę wśród rozrośniętych krzaków. Wlokę się na końcu i pluję sobie w brodę, że wymyśliłem ten ,,skrót''. Po kwadransie docieramy jednak do polanki, której skrajem biegnie szutrowa droga. Rozglądam się i widzę w dole plac budowy. No tak. Cały kajakowy świat protestuje przecież przeciwko budowie elektrowni, która spowoduje wpuszczenie wody całego najfajniejszego odcinka Rizzanese w rury. Tu właśnie mają się te rury kończyć, a biegnąca skrajem polanki droga to dojazd do budowy. Szumek z desperacją rusza drogą dalej. Po dwustu metrach udaje się go jednak dogonić i zasugerować, że może łatwiej będzie zostawić tu łódki i złapać stopa, którym wyruszy po samochód. Zgadza się i już bez łódek rusza z Ciastkiem w dalszą drogę. My z Valdim mamy czekać na ich powrót. Obok drogi znajdujemy kolejną łączkę, na której rozkładamy do suszenia mokre rzeczy. Nie zdążą jeszcze wyschnąć do końca (a słoneczko nieźle grzeje), gdy na drodze pojawia się samochód Szumka.

Chłopaki opowiadają o niezłych perypetiach z dojazdem. Najpierw na pace ciężarówki, potem furgonetką dotarli dość szybko do samochodu. Ale powrót do nas nie był łatwy, bo jesteśmy na terenie budowy i na wjazd musieli uzyskać zgodę jakiegoś ,,majstra''. Francuzi okazali się jednak życzliwi i na szczęście nie robili trudności. Pakujemy się i wyruszamy krętą i stromą, ale równą szutrową drogą w górę. Po drodze mijamy szlak przygotowany już do ułożenia rur doprowadzających wodę do elektrowni. Zdaje się, że osoby, które ten opis zachęci do zmierzenia się z Rizzanese mają nie więcej czasu jak dwa, najwyżej trzy lata. Chociaż może da się wynegocjować jakieś ustępstwa na rzecz kajakarzy. Tymczasem jednak myślę sobie, że ,,zielona energia'' nie jest wcale tak zielona, na jaką wygląda. Zniszczenie unikalnej w skali Europy, a być może i świata rzeki nie jest warte tych kilku megawatów, które można wyprodukować inaczej.

Katedra ale nie kościół

Zostawiamy jednak Rizzanese samej sobie i ruszamy w kierunku Travo. Jutro piątek, jeden z dwóch dni w tygodniu (drugi to poniedziałek), w których dopuszczalne jest spływanie tej wyjątkowej rzeki. A wyjątkowość Travo to sekwencja kilkunastu chyba, mniej lub bardziej wysokich progów z kulminacją w postaci kombinacji nazywanej przez Niemców ,,Der Dom'' czyli ,,Katedra'', składającej się z dwóch 7 metrowych wodospadów i dwumetrowego progu.

Droga nad Travo jest chyba najbardziej malownicza z dotychczas przejechanych -- a widzieliśmy już sporo! Najpierw wspinamy się z Zozy na grań wąwozu Rizzanese, potem droga wije się skrajem głębokiej doliny, w której płynie Fiumicicoli. W dali widać też dolinę Ortolo. Krajobraz jak z Arizony -- taki Kanion Kolorado w miniaturze. Ale to nie koniec wrażeń: jadąc dalej wjeżdżamy w kolejną dolinę, której poszarpane skały wywołują ,,ochy'' i ,,achy'' Szumka i Valdiego -- zajadłych wspinaczy. W końcu podjeżdżamy pod przełęcz Col de Bavella, z której droga spada karkołomnymi serpentynami w sosnowym lesie. W dali błyska już morze. Dojeżdżamy powoli do wschodniego wybrzeża Korsyki. Po zjeździe z przełęczy zatrzymujemy się, aby spojrzeć z dołu na drogę, która przejechaliśmy. Wtedy dogania nas kolumna samochodów z kajakami na dachach. To Niemcy, którzy najwyraźniej także przemieszczają się z Rizzanese na Travo. Przyłączamy się do tej kolumny, bo oni zapewne zmierzają na jakiś kemping, a nam wszystkim marzy się ciepły prysznic.

Przed nami jeszcze jedna, tym razem niewysoka przełęcz, a za nią już tylko zjazd doliną rzeki Solenzara do miejscowości o tej samej nazwie. Dojeżdżamy do biegnącej wschodnim wybrzeżem wyspy drogi N 198 i zaraz po wjechaniu na nią Niemcy istotnie skręcają na najbliższy kemping. Zamknięty. To samo następny i jeszcze jeden, ale w końcu, po przejechaniu prawie piętnastu kilometrów, jesteśmy na Campu Serenu, który otworzono przed rozpoczęciem właściwego sezonu najwyraźniej właśnie z myślą o kajakarzach. Niemal wszystkie stojące na kempingu samochody mają kajaki na dachach.

Rozbijamy namiot, robimy kolację pod dachem i bierzemy gorący (a w każdym razie mocno ciepły) prysznic i dość wcześnie idziemy spać. Następnego dnia trzeba zerwać się z rana i szybko jechać na odległe o jakieś 20 kilometrów miejsce startu, bo na Travo można się spodziewać niezłego tłumu.

Piątkowy ranek wita nas pięknym słońcem. Krzątamy się szybko przy śniadaniu, pakujemy rozwieszone na noc rzeczy i jedziemy nad rzekę. Na moście w Chiusa, skąd rozpoczyna się dozwolony dla kajakarzy odcinek Travo (rzeka leży w Parku Narodowym) jest już kilka samochodów i do rzeki schodzi właśnie spora grupa kajakarzy, ale tłoku na razie nie ma. Przebieramy się częściowo i Szumek wyrusza z samochodem w dół, do oddalonego o 6 kilometrów mostu, gdzie kończy się ciekawszy etap Travo. Czekamy na jego powrót dość długo, a w międzyczasie okolice mostu w Chiusa zaczynają wyglądać jak zatłoczona ulica. Mnóstwo samochodów, mnóstwo łódek i ludzi. Na rzekę właściwie co 5 minut wyrusza kolejna kilkuosobowa grupa. Oj, będzie tam tłok! W międzyczasie sprawdzamy wodowskaz: znowu mamy szczęście do wody -- 115 centymetrów to idealny, średni poziom.

Nareszcie wraca Szumek. Ubieramy się i znosimy łódki po schodach koło prawego filaru mostu. Na dole Szumek przyznaje, że czuje się dość kiepsko -- chyba łapie go jakieś przeziębienie -- i wolałby, żebym to ja prowadził dziś na wodzie. Ruszamy.

Pierwsza katarakta jest łatwa, bo widzieliśmy ją z góry, z drogi. Napływamy środkiem, by za chwilę skręcić w stronę lewego brzegu i wzdłuż niego dopłynąć do końcowego, niewysokiego, ale zablokowanego głazami progu, na którym skręcamy w prawo. Trochę ciężko wyrobić się na końcu we właściwą odnogę, ale jakoś poszło. Kolejne dwie katarakty są łatwiejsze i czytelne z wody, ale trzecia wymaga wyjścia z kajaka: z cofki widać tylko, że woda znika z lewej strony wielkiego głazu obok którego sterczy gruba belka. Coś mi to przypomina... Rzut oka z brzegu pozwala stwierdzić, że katarakta jest dość łatwa technicznie. Wprawdzie w środkowej części widać dwa odwoje, których nie powinienem lekceważyć, ale można się przed nimi rozpędzić, a napłynięcie jest dość łatwe, bo trzeba po prostu walić prosto w dół. Wsiadam do łódki i płynę. Jest, jak myślałem: gładko przechodzę przez odwoje, potem woda rzuca mnie na głaz po prawej -- jestem na to przygotowany i wykorzystuję poduszkę na głazie do wyprostowania dziobu kajaka. Na końcu bystrza jednak małe zaskoczenie: woda rzuca na ukrytą z lewej strony skałkę, która usiłuje mnie wywalić, ale bronię się podpórką i już jestem na dole. Macham do chłopaków, że łatwo i już na spokojnie oglądam moment od dołu. Teraz go poznaję: to charakterystyczne miejsce pokazywane w niemieckim filmie o wyjeździe na Korsykę z ubiegłego roku. Oglądaliśmy ten film na promie. Tyle, że na filmie woda była trochę wyższa.

Koledzy radzą sobie jeszcze lepiej, niż ja i po chwili płyniemy już dalej. Kolejne katarakty nie wymagają wychodzenia z kajaka. Przyspieszamy i doganiamy grupę trzech Szwajcarów -- na oko to ojciec i dwaj synowie, którzy uważnie oglądają kolejny moment, gdzie Travo zdecydowanie zmienia charakter. Skały na obu brzegach podeszły do samej rzeki: po prawej stronie brzeg jest właściwie pionowy, po lewej skała schodzi pod kątem 30-40 stopni. Wszyscy już rozumiemy, co mieli na myśli autorzy przewodnika pisząc, że w czasie deszczu obniesienie czegokolwiek jest tu właściwie niemożliwe. Rzeczywiście, nawet teraz wyjście na lewy brzeg jest bardzo trudne, a pionowa ściana po prawej jest zupełnie niedostępna. Rzeka przewala się w tym wąwozie sekwencją progów, mini-wodospadów i pochylni. Nie wyprzedzamy ostrożnych Szwajcarów, bo nie chcemy się pchać, ale po chwili dogania nas kolejna grupa młodych i trochę chyba zbyt lekkomyślnych Niemców. Obserwuję ich na wodzie i widzę, że dla większości Travo jest zdecydowanie za trudne. Łoją się co chwila, spływają momenty tyłem i nie łapią właściwych cofek. Wolałbym uciec przed nimi, albo puścić ich przodem, ale nie bardzo jest jak, bo nie ma gdzie wyjść i zaczekać.

Na kolejnym momencie, popychani przez Niemców naciskamy zbyt mocno Szwajcarów: wpadamy z Szumkiem do maleńkiej cofki, z której Szwajcarzy próbują zanalizować kolejna przeszkodę: paskudnie wyglądającą podmytą lewą ścianę na zakręcie w prawo. Piszę ,,zakręt'', ale to właściwie pokręcona pochylnia-wodospad, bo rzeka na odcinku każdych 100 metrów idzie tu o dobre 10 metrów w dół, a ten zakręt jest bardziej stromy niż przeciętna. Szwajcarzy zaczynają dość nerwowo gestykulować w górę rzeki pokazując Ciastkowi, który chciał już lecieć za nami, zdecydowane STOP! Rzeczywiście, w cofce jest ciasno i trzeba pilnować, żeby któryś z nas nie poleciał pod ścianę przypadkiem. Tym bardziej, że woda wcale nie jest spokojna w tej cofce: kręci się dość szybko zgodnie z ruchem wskazówek zegara i chwila nieuwagi wystarczy, żeby popłynąć w dół. Rozglądam się i z ulgą stwierdzam, że pamiętam to miejsce z 1996 roku. Ściana tylko wygląda groźnie, ale mocna poduszka pozwala zupełnie spokojnie przepłynąć obok podmycia. Kiedy znajduję się na krawędzi cofki, zdecydowanie pociągam wiosłem z lewej, potem czeska kontra z prawej i już lecę pierwszy próg. Z rozpędu ląduję płasko na poduszce, energiczne pociągnięcie wiosłem i jestem już za podmytą ścianą, na krawędzi kolejnego progu. Skaczę czyściutko do cofki w prawo i macham do Szumka, że jest ok. Sam już to zresztą zobaczył, bo właśnie wychodzi z górnej cofki i idzie w moje ślady. Zachęceni naszym przykładem Szwajcarzy też radzą sobie gładko. Nawet się nie zatrzymują, tylko od razu skaczą kolejny wodospad. Pewnie chcą się od nas oderwać.

Zbieramy się wszyscy w cofce i przepływamy szybko dwa kolejne niskie progi. Przy trzecim, dość efektownym wodospadzie przystajemy, aby zrobić zdjęcia. Znowu dogania nas grupa młodych Niemców, a więc trzeba się śpieszyć. Szumek niestety czuje się coraz gorzej, a Ciastek zaczyna narzekać na łokieć, stłuczony mocno na jednym z poprzednich momentów. Widać, że obaj myślą tylko o tym, żeby dopłynąć wreszcie do katedry i... zobaczyć co dalej. Wreszcie jest: za kolejnym zakrętem otwiera się widok na prosty odcinek rzeki schodzący bardzo gwałtownie w dół. Widać tylko krawędź pierwszego wodospadu, ale potem dopiero w odległości jakichś 100-120 metrów zakręt rzeki położony znacznie, znacznie niżej. jakieś 20 metrów niżej, niż jeziorko, w którym jesteśmy.

Wychodzimy na prawy brzeg i teraz widzimy już basen za pierwszym progiem, krawędź drugiego i koniec drugiego basenu, a za nim trzeci, najniższy, ale i najtrudniejszy technicznie próg. Obok nas stoi kilka innych osób, a do cofki wpływa właśnie grupa czterech bardzo dobrych kajakarzy, którzy bez oglądania, skaczą po kolei pierwszy wodospad. Płyną inaczej, niż zaleca przewodnik, gdzie proponuje się zwykle omijanie głównego nurtu i skakanie progów według schematu: pierwszy z prawej, drugi z lewej, trzeci z prawej. Tymczasem oni napływają na pierwszy próg środkiem i starają się skoczyć do cofki pod lewą ścianą. Wychodzi im to różnie: trzem bez problemu, a czwartemu, który zgubił trochę tempo wiosłowania i ostatnie pociągnięcie wykonał lewą, a nie prawą -- trochę gorzej. Ale i on nie zostaje złapany przez odwój, choć wywraca się. Postanawiam popłynąć tak jak oni, bo widzę, że skośne napłynięcie w odpowiednim tempie pozwoli na ładny boof do lewej cofki. Koledzy obserwują mnie z brzegu -- pomóc w razie czego nie będą mogli, bo z naszego miejsca nie da się dorzucić rzutką do miejsca pod wodospadem. W razie czego muszę liczyć na tych czterech, którzy stoją jeszcze w cofce przed drugim progiem.

Lecę bez problemów. Udaje mi się napłynąć tak, jak chciałem i wykorzystując nierówność w skale progu, rodzaj małej skoczni, boofuję gładko od razu do lewej cofki. Szumek spływa zgodnie z zaleceniami przewodnika: po prawej stronie, gdzie mały nawał uniemożliwia cokolwiek innego, niż tylko zsunięcię się po progu, ale też na dole nie ma odwoju. Za chwilę Szumek promuje się na moją stronę rzeki, a na górze napływa Ciastek. Próbuje zrobić to samo, co ja, ale niestety myli tempo i już na progu ostatnim pociągnięciem prostuje kajak w linii nurtu, zamiast skręcić w lewo. Z głównym nurtem wpada w odwój i całkowicie w nim znika. Kajak wyskakuje za chwilę pionową świecą w powietrze, ale niestety przewraca się na plecy i ponownie wali w odwój.

Przez kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund obserwujemy hardcore'owe, nie w pełni kontrolowane rodeo pod wodospadem. Ciastek wykonuje chyba dwa back-loopy, coś w rodzaju tricky-wuu i parę eskimosek, ale odwój trzyma mocno. Widzimy w pewnym momencie, że Ciacho już się kabinował, bo kajak jest pusty, ale jego jakoś nie widać. Desperacko drzemy w stronę odwoju, Szumek pierwszy, trzymając się cofki, ja z tyłu i bardziej środkiem nurtu. Ułatwi to wyłapanie Ciastka, jeśli odwój go puści. Z góry lecą w odwój dwie albo trzy rzutki. Trochę bez sensu, bo nie ma szans dorzucenia do miejsca, w którym chyba kręci się Ciacho. Gdyby płynął koło prawego brzegu, to może dałoby się pomóc w ten sposób, ale teraz na pewno nic to nie da. Nagle widzę, że poniżej bąbla odwoju i na szczęście bardzo blisko kajaka Szumka pojawia się głowa Ciastka. Szumek błyskawicznie podstawia mu dziób i wycofując się wstecz wciąga Ciacha do cofki. Ja obserwuję wodę w poszukiwaniu wiosła i kajaka. Wiosło pojawia się niemal od razu, dość blisko mojego kajaka. Chwytam je i wrzucam po prostu do cofki, w której są Szumek, Ciacho i Niemcy. Kajak jeszcze przez kilka sekund kręci się w odwoju, po czym woda wyrzuca go na środek rzeki. Podpływam i spycham go dziobem do zbawczej cofki. Nie mam czasu ani ochoty na używanie patentu, bo kolejny próg jest oddalony najwyżej o 20 metrów, a skakanie 7-metrowego wodospadu z przypiętym do pleców kajakiem to nieciekawy sport.

Nurt na szczęście nie jest zbyt silny, po chwili dołącza do mnie jeden z Niemców. Uderzając kajak Ciastka na przemian dziobami naszych łódek spychamy go do cofki. Jest tam sporo miejsca, bo cofka to wielka nisza skalna o promieniu co najmniej 7 metrów. Woda kręci się tam powoli, ale próby wyjścia na brzeg kończą się niepowodzeniem. Jest zbyt stromo i ślisko. Ciastek wyraźnie traci siły w jednak bardzo zimnej wodzie. Podejmujemy decyzję o wejściu do kajaka z wody. Techniką X opróżniamy kajak, a następnie przytrzymujemy go we dwóch z Szumkiem, a Ciastek wspina się po naszych łódkach do swojego kokpitu. Po chwili zapina już fartuch, chwyta wiosło i promuje się na drugą stronę rzeki. Skały są tam mniej strome i jest miejsce, gdzie można wyjść na brzeg (to znaczy Ciastek może, bo ja chyba bym nie potrafił) i porządnie wylać wodę. W międzyczasie uspokojony Valdi pakuje aparat i moim śladem gładko spływa pierwszy próg.

Ponieważ Szumek pomaga Ciastkowi, który wylał właśnie wodę i ustawił się do robienia zdjęć na drugim progu, płyniemy go najpierw ja i Valdi. W miarę tak, jak sugeruje przewodnik, ale troszkę bardziej aktywnie: boofujemy ze środka rzeki do lewej cofki. Idzie dobrze, choć drugi próg jest trochę wyższy i chyba minimalnie mniej stromy, niż pierwszy. Ale nie jest trudniej.

Valdi ustawia się do zdjęcia i za chwilę robi efektowną serię napływającego z góry Szumka. Ciastek dołącza do nas jako ostatni i zaraz spływamy kolejno ostatni już, najniższy próg Katedry. Dla mnie wygląda on najtrudniej, bo położony za nim odwój jest największy i częściowo zablokowany dużym płaski głazem. Ale znów wszystko przebiega bezproblemowo.

Za Katedrą przepływamy może dwadzieścia metrów spokojnej wody i jesteśmy na górze katarakty prowadzącej ostro w dół, do miejsca o wyjątkowo złej reputacji. Katarakta też jest zresztą niezła, bo długa na co najmniej 100 metrów, idąca bardzo ostro w dół i zawalona wielkimi głazami. Pamiętam jednak z poprzedniego wyjazdu, że nie miałem z nią wtedy problemów, a dziś czuję się wyjątkowo dobrze -- ruszam więc od razu w dół, najpierw skosem od lewego do prawego brzegu, a potem wzdłuż niego aż do cofki, w której stoi dwóch Szwajcarów. Z cofki widać charakterystyczne zwężenie, które sygnalizuje najbardziej niebezpieczne na Travo miejsce: zabiło się już tam kilkudziesięciu kajakarzy i ogromna większość obnosi je. Na skale nad cofką, w której się zatrzymałem ktoś namalował na skale trupią czaszkę i skrzyżowane piszczele. Symbol wymowny dla każdego.

Wychodzę z kajaka, wyciągam rzutkę i czekam na chłopaków, których widzę dość wyraźnie: stoją jeszcze w cofce przed kataraktą, w odległości jakichś 150 metrów. Z niejakim zdziwieniem dostrzegam, że Ciastek i Szumek zaczynają gramolić się na brzeg. Dopiero po chwili przypominam sobie o chorobie Szumka i stłuczonej ręce Ciastka. Zapomniałem o tym podekscytowany kabiną Ciastka i skoncentrowany na nawigacji przez kataraktę. Ciastek pokazuje, o ile dobrze rozumiem, że zamierzają zakończyć pływanie i wspinać się do drogi. Gdybym był z nimi, pewnie bym próbował im to odradzić, bo sądzę, że dalszy spływ będzie mniej uciążliwy i męczący, niż droga w górę. Ale, z drugiej strony, spływ jest bardziej niebezpieczny, a oni najlepiej są w stanie ocenić własne możliwości. Zresztą i tak nie mogę z nimi dyskutować na tę odległość. Widzę, że wciągają kajaki w krzaki i coraz bardziej oddalają się od rzeki.

Tymczasem w cofce, gdzie stoi osamotniony Valdi, pojawia się znowu ta sama grupa młodych Niemców. Dwóch rusza od razu, jeden za drugim, w kataraktę. Pierwszy jakoś sobie radzi, choć widzę, że dwa razy się przewrócił i prawie jedną trzecią odcinka spłynął tyłem, ale drugi zniknął mi za wielkim głazem i już nie wypłynął zza niego. Zdenerwowany widzę wyraźne poruszenie wśród Niemców obserwujących go z góry. Łapię rzutkę i ruszam w jego stronę, ale po przejściu 20 metrów muszę zrezygnować: nie dojdę w jego pobliże lewym brzegiem, na którym jestem. Mogą mu pomóc tylko koledzy z góry. Akcja ratunkowa trwa jakieś 5 minut i kończy się sukcesem. Widzę, że najpierw Niemiec, a potem kajak zostają wyciągnięci zza kamienia. Teraz zupełnie spokojnie i czysto spływa do mnie Valdi. Opowiada, że Niemiec zablokował się tak, że z wody wystawała tylko głowa i to nie cała. Na szczęście mógł oddychać i doczekał, aż koledzy pomogli mu wyjść z kajaka.

Do naszej cofki dopływają kolejni Niemcy, a więc musimy się pośpieszyć, bo przenoska, która nas czeka jest dość niewygodna. Trzeba wspiąć się na skałę znajdującą się nad niebezpiecznym zwężeniem, wciągnąć za sobą kajak, a następnie skoczyć ze skały w nurt za odwojem (w przewodniku piszą, żeby podkurczyć nogi, bo nie jest tam za głęboko), wyleźć na płaskie głazy po drugiej stronie rzeki, złapać kajaki i wiosła, które Valdi zrzuci moim śladem, zanim też skoczy i dołączy do mnie.

Kiedy jesteśmy już razem na dole, wyciągam telefon, żeby wysłać do Ciastka SMS-a z pytaniem co porabiają. Wyjęty ze szczelnego pudełka telefon dzwoni i za chwilę, z trudem przekrzykując szum rzeki, rozmawiam z bratem, który ma właśnie jakiś problem z komputerem. Niestety, chyba raczej nie dam rady mu pomóc. Ciastek niestety nie odpowiada ani na SMS, ani na próby dodzwonienia się. Później okaże się, że akurat tego dnia zostawił telefon w samochodzie. Ponieważ ze skały skaczą już pierwsi Niemcy i za chwilę w cofce pojawi się obok naszych, kilkanaście ich kajaków, a więc jak naspieszniej ruszamy z Valdim w dół.

Płyniemy szybko, bo wszystkie katarakty dają się obejrzeć z kajaka i po kilku minutach doganiamy znajomych już teraz Szwajcarów. Oni płyną troszkę wolniej, ale dostosowujemy się do ich tempa, bo zmieniając się na prowadzeniu jesteśmy w stanie współpracować na rzece i pokonywać kolejne katarakty mniejszym wysiłkiem. W końcu dopływamy jednak do miejsca, w którym chyba trzeba wyjść: na lewym brzegu widzimy kilka wyciągniętych kajaków, a na skałach poniżej -- kilkanaście osób ogląda bystrze. Wysiadamy i my i dołączamy do Szwajcarów, którzy wyszli szybciej niż my i wybierają właśnie drogę płynięcia. Jest chyba tylko jedna, choć nie wygląda prosto: trzeba napłynąć środkiem, potem ostro ciąć do prawego brzegu, aby zaraz zakręcić na próg prowadzący znów na środek rzeki i przed następną barierą skalną uciec znów w prawo. Niby prosto, ale układ fal, odwojów i kamieni pokazuje, że trzeba się będzie troszkę spocić, żeby zdążyć ze wszystkimi manewrami. Gdy ruszamy do łódek, dopływa właśnie grupa czterech kajakarzy, którzy wypłynęli sporo przed nami (pamiętam ich ze startu), a więc zdążyli chyba obrócić drugi raz. Rzeczywiście czują się pewnie -- bez oglądania i wahania wybierają tę samą drogę, która zaplanowaliśmy my. Idzie im bardzo gładko, ale widać, że są naprawdę dobrzy: na kaskach duże loga Tevy. Rozpoznaję twarz jednego z nich, bo to znany w kajakowym światku młody Szwajcar, Ron Fisher, członek Teva Team.

Nasz Pro-Kajak-Nurt-Habazie-Wild-Snake-Team też rusza w dół. Nie idzie nam aż tak gładko jak poprzednikom, ale także nie jest źle. Obyło się bez kompromitacji (na brzegach ciągle pełno kibiców, którzy zaczynają właśnie obnosić kataraktę) i możemy dumni z siebie lecieć dalej. ,,Naszym'' Szwajcarom też poszło dość gładko i znów ruszamy w dół w pięcioosobowym składzie.

Jeszcze tylko raz musimy wysiadać z kajaków. To niewielka, ale zupełnie zasłonięta kamieniami katarakta z niewielkim syfonem przy prawym brzegu. Valdi poszedł oglądać pierwszy, bo ja wylewałem wodę z kajaka. Kiedy dołączam do niego widzę, że bardzo skupiony przygląda się głównemu progowi. Mi wydaje się on dość prosty, więc pytam Valdiego, co go tak zaniepokoiło. Wskazuje miejsce lądowania za progiem, a dokładniej dość paskudną szczelinę pomiędzy dwoma głazami. Jest ona jednak dość szeroka i chyba nie grozi zaklinowaniem. Postanawiam spróbować. Napływam bez problemów, ale za progiem okazuje się, że Valdi miał jednak rację: ląduję na przechylonym, ledwo zalanym wodą głazie, kajak błyskawicznie obraca się dnem do góry i osuwa bokiem w szczelinę. Dobre jest tylko to, że ta jest rzeczywiście szeroka: czuję, że płynę w dół rzeki, uderzam kaskiem, a potem barkiem o coś twardego, ale po chwili mogę już próbować eskimoski. Udało się, choć nie było to przesadnie stylowe.Valdiemu, który uważnie obserwował, jak płynę i najwyraźniej wyciągnął właściwe wnioski, idzie znacznie lepiej.

To już ostatnia naprawdę trudna katarakta, choć nie koniec przygód. Ja zaliczam jeszcze jedną wywrotkę na ostatnim bystrzu (to chyba zmęczenie, bo nie było bardzo trudne) i wstaję eskimoską dopiero po drugiej próbie, już pod mostem oznaczającym koniec odcinka. Niedużo brakowało do naprawdę śmiesznej kabiny!

Wydrapujemy się z Valdim na drogę, a właściwie na duży szutrowy parking zatłoczony samochodami i kajakami. Widzę Ciastka, który oznajmia, że właśnie przed chwilą dotarli tu z Szumkiem. Dziwne, ale nie udało im się złapać stopa i wędrowali prawie pięć kilometrów piechotą. To żadna przyjemność, zwłaszcza w mokrych piankowych butach. Nie mają też oczywiście kajaków, ale co gorsza, nie dali rady wyciągnąć ich w pobliże drogi i musieli zostawić po przejściu jakichś 2/3 drogi do góry. Opowiadają o dramatycznej mordędze przedzierania się z kajakami przez porośnięte krzakami strome zbocza, na których nie widzieli żadnych ścieżek. Trzeba się spakować i wracać po łódki. Śpieszymy się, bo jest co prawda dopiero w pół do czwartej, ale nie wiadomo ile czasu zajmie nam znalezienie kajaków w krzakach, a trzeba zdążyć przed zmrokiem. Jedziemy znowu w kierunku Chiusa aż do miejsca, gdzie na drodze wyrysowana jest biała strzałka. To Ciastek i Szumek oznaczyli miejsce, w którym wydostali się na drogę.

Szumek, który czuje się coraz gorzej, zostaje w samochodzie, a my trzej złazimy przez krzaki w dół. Jest naprawdę fatalnie, bo trzeba się cały czas przedzierać. Żadnych, nawet najmniejszych ścieżek. Dobrze przynajmniej, że nie rośnie tu za dużo kolczastych paskudztw. Przeważają wysuszone, około trzymetrowej wysokości krzaki, których twarde gałęzie włażą w oczy i co chwila zagradzają drogę. Najlepiej radzi sobie Valdi, który jest najmniejszy z nas i przemyka dołem z gracją zajączka. Ja przypominam chyba nosorożca, choć nie mam aż tyle siły -- tylko masa podobna. Ciastek trzyma fason, ale łokieć chyba ciągle go boli. Po chwili tracę rachubę czasu. Jestem cały spocony, chyba koszmarnie brudny. Pot zalewa oczy zasypane na dodatek pyłem z suchych krzaków. Idziemy w dół, wydaje się, że już dość długo, a kajaków nie ma. Może Ciastek pomylił kierunek? Słychać już wyraźnie szum rzeki i żadnych odgłosów z drogi.

Jednak jest w porządku, bo w pewnym momencie Valdi, który wysforował się do przodu krzyczy, że widzi kajaki. Po chwili docieramy do nich i my. Łapiemy z Valdim szumkowego Burna i ruszamy we dwóch przodem, przecierając trochę drogę. Ciastek dzielnie przedziera się za nami, ciągnąc w pojedynkę swojego Diesla. Przedzieranie się w górę jest z dość oczywistych względów jeszcze gorsze niż droga w dół. Do tego kajak, niby niewielki, ale jednak stwarzający dodatkowe problemy: zaczepia o gałęzie, blokuje się na zakrętach i jest coraz cięższy. Na szczęście Valdi przemyka przodem, a ja muszę tylko ciągle popychać łódkę, której dziób on kieruje w coraz to nowe przesmyki pod i między gałęziami. Sporo z tych gałęzi zresztą łamiemy, żeby Ciastkowi było łatwiej. Nie jest to chyba wielkie niszczenie przyrody, bo każdy krzak ma najwyżej 30% żywych gałęzi. Reszta, to wyschnięte badyle, które nietrudno połamać. To znaczy nietrudno byłoby, gdyby było ich mniej, niż milion. A są chyba cztery miliony.

We dwóch wyprzedzamy Ciastka dość znacznie i jednak posuwamy się w górę, bo szum rzeki słabnie. Po pewnym czasie zaczynamy słyszeć samochody, które od czasu do czasu przejeżdżają drogą. W pewnym momencie Valdi wydaje triumfalny krzyk: dostrzegł połamany kołpak, a więc droga musi być niedaleko. Istotnie, po kolejnych dwudziestu metrach już ją widać. Dociągamy kajak do jej skraju, po czym zostawiam Valdiego i wracam pomóc Ciastkowi. Zuch! Jest całkiem blisko. Kiedy zaczynam mu trochę pomagać odzyskuje wigor i ciągnie kajak do góry jak parowóz, którym tak chciałby być. Po pięciu minutach jesteśmy już na drodze. Kajak trzeba jeszcze donieść do odległego o jakieś 100 metrów samochodu, ale w porównaniu z ciągnięciem go przez krzaki jest to prawdziwa przyjemność. Niemal kłócimy się z Ciastkiem o to, komu przypadnie ona w udziale.

Nareszcie siedzimy w samochodzie i wracamy na kemping. Szumek poczuł się na tyle lepiej, że proponuje zjedzenie obiadu w jakiejś knajpie. Wszyscy przystajemy na to z entuzjazmem. Trzeba tylko wybrać lokal, a tych jest sporo przy drodze N 198, do której dojeżdżamy po kwadransie. Następne pięć minut i stoimy już na parkingu przed zachęcająco wyglądającą różową willą. Postanawiam zmienić koszulkę i spodnie, bo czuję się, jakbym wrócił z cementowni. Koledzy nie mają tych skrupułów i od razu wchodzą do środka.

Dołączam do nich po chwili. Studiują już menu, oczywiście dostępne tylko w języku francuskim. Rozpoznaję jednak ,,spaghetti frutti di mare'' (to na pewno francuski?), na które właśnie mam wielką ochotę. Szumek zamawia to samo, Ciastek, który nad owoce morza przedkłada mielonkę, wybiera spaghetti bolognese albo inną karbonarę, a Valdi tkwi zauroczony nad stroną, której tytuł Szumek (uczył się francuskiego przez 4 lata!) przełożył jako ,,Nasze ryby''. Po 10 minutach kontemplacji, a raczej chyba pod urokiem kelnerki, która przyszła zapytać (po francusku), czy już wybraliśmy, Valdi decyduje się na pozycję drugą od góry -- coś z grilla. ,,Fish?'' upewnia się jeszcze (po francusku), na co kelnerka robi dziwną minę i zaczyna coś tłumaczyć (po francusku). Valdi jest jednak zdesperowany (ach, te francuskie oczy!) i potwierdza wybór. Zaniepokojona dziewczyna odchodzi, ale po minucie wraca z zadowoloną miną i pokazując w menu palcem wybraną przez Valdiego potrawę oznajmia ,,SCAMPI!''. Zadowolenie niestety mija, kiedy kelnerka obserwuje nasze twarze -- ja wprawdzie mam wrażenie, że gdzieś to słowo słyszałem, ale zupełnie nie potrafię skojarzyć go z żadnym morskim stworem. Valdi jest jednak polskim kajakarzem górskim, a nie jakimś tchórzem, więc jeszcze raz potwierdza swój wybór. Uspokojona kelnerka odchodzi, a po kolejnej minucie wraca z dzbankiem wina. W tym winie wkrótce rozpuszczą się resztki niepokoju Valdiego.

Kiedy kieliszki są już niemal puste (aby nie drażnić Szumka-kierowcy nie będziemy zamawiać drugiego dzbanuszka) pojawiają się na stole zamówione potrawy. Pierwszy jest Valdi. Dostaje wielki talerz z niewielką kupką dzikiego ryżu, wokół której leży sześć czy siedem wielkich, upieczonych w całości krewetek. No tak! Przecież scampi to duża krewetka, albo mały homar, a tutaj dokładnie homarzec (Nephrops norvegicus). Myślę sobie ,,mniam!!!'', a mina Valdiego pokazuje, że on jest najwyraźniej podobnego zdania. Wyraźnie głodny Ciastek walczy z obrzydzeniem (to WCALE nie wygląda jak mielonka), ale wreszcie ciekawość bierze górę. Valdi chętnie ,,daje spróbować'' ale zdaje się, że smak homarzca nie trafia Ciastkowi do przekonania (to nie smakuje jak mielonka!). Na szczęście na stół wjeżdżają nasze zamówienia i zadowolony Ciastek pakuje sobie do paszczy wielki zawijas makaronu z sosem, który pełen jest czegoś, to trochę przypomina mielonkę. Przynajmniej w smaku, bo widać to od razu po Ciastkowych oczach. Ja też jestem zadowolony: talerzysko makaronu ze śmietanowym sosem, w którym pływają małe krewetki, muszelki, ślimaczki, jeden homarzec (ale znacznie mniejszy, niż te u Valdiego) i tym podobne specjały. Troszkę się trzeba namęczyć, żeby powyciągać zawartość muszelek i powyrzucać te muszelki z talerza, ale nie musimy się przecież śpieszyć. Kolacja jest naprawdę gargantuiczna!

Wracamy po niej na kemping i od razu pakujemy się do śpiworów. Daje o sobie znać zmęczenie, bo o 22 chyba wszyscy już smacznie śpimy.

Powrót

Sobota rano. Wstajemy powoli około ósmej. Bolą mnie wszystkie mięśnie -- to daje o sobie znać wczorajsza zabawa w chowanego z kajakami Szumka i Ciastka. Valdi, mimo swojej żelaznej kondycji, też chyba odczuł wczorajszy dzień, bo wyraźnie stwierdza, że on dziś nie pływa. Szumek na razie nawet nie daje znaku życia: leży w samochodzie zawinięty w śpiwór i wygląda jak mumia. Ciastek też nie zdradza entuzjazmu do pływania. Ja chciałbym coś jeszcze w ten ostatni dzień zrobić, próbuję namówić Ciacha na trójkowy, ale malowniczy wąwóz Tavignano. Nic z tego jednak nie wychodzi. Leniuchujemy we trójkę, a Szumek powoli dochodzi do siebie. Dobrze po południu możemy wreszcie opuścić gościnny kemping. Chcemy pojechać gdzieś w pobliże Bastii, przespać się, o ile tylko się da, na plaży, a następnego dnia rano krótkie zwiedzanie Bastii i o 13 musimy się zaokrętować. Mamy też nadzieję, że uda się w dziś w drodze i jutro w Bastii kupić jakieś pamiątki dla rodzin.

Zatrzymujemy się w Cateraggio nad Tavignano i robimy zakupy w supermarkecie. Szumek zakupuje chyba ze sto butelek wina (,,mam liczną rodzinę!''), ale i inni wymyślili właśnie to, jako jeden z niezłych prezentów. Rzeczywiście, dobre wino jest tu duuużo tańsze, niż w Polsce, no i sporo jest wina korsykańskiego.

Po zakupach pozostaje już tylko znalezienie noclegu. Jedziemy jakiś czas niemal nadmorską N 198, kiedy przychodzi mi do głowy pomysł: skoro zamknięte są jeszcze kempingi, to tak samo będzie pewnie z nadmorskimi restauracjami. A taka zamknięta restauracja to świetne miejsce na nocleg. Pomysł jest dobry, bo już pierwsza próba podążenia za reklamami ,,Restaurant, Plage'' (zna się te języki!) doprowadza nas do zamkniętej na głucho budy z malowniczo położonym, ale częściowo zawalonym tarasem wychodzącym na morze. Jest bosko, szkoda tylko, że Szumek znowu czuje się gorzej. Idzie spać do samochodu, a my trzej rozkładamy się na tarasie z winem, piwem i ciasteczkami. Popijamy leniwie, kiedy w pobliże samochodu podjeżdża quad z dość nieprzyjemnie wyglądającym, natarczywie obserwującym nas gościem. Chyba to ktoś z położonych w pobliżu domów, być może zaniepokojony naszą obecnością w tym miejscu. Udajemy, że go nie widzimy, a jego chyba uspokaja nasza obojętność, bo wkrótce odjeżdża. Za chwilę pojawi się kolejny samochód z parą, która przyjechała na plażę wyprowadzić psa. Poza nimi nie ma już innych gości i noc upływa spokojnie. Poranne niebo jest niestety zachmurzone. Pada lekki deszczyk. Nie mokniemy na tarasie, ale szkoda, że nie mogliśmy obejrzeć wschodu słońca.

Śniadanie, pakujemy się do samochodu i jedziemy do Bastii. Tam po krótkim błądzeniu znajdujemy miejsce do zaparkowania samochodu i ruszamy na miasto. Jest Wielka Niedziela, ale Bastia nie wygląda chyba inaczej w zwykłą niedzielę. Pootwierane kawiarnie i sklepy z pamiątkami, na placu przed kościołem jarmark, na którym można kupić kozie sery, miód, francuskie suche kiełbasy i smażone na miejscu naleśniki i pączuszki. Jedyny znak, że niedziela jest specjalna, to głośne bicie dzwonów i procesja przechodząca skrajem targowiska.

Na głównym placu opodal portu jemy śniadanie i spotykamy się z Kaktusami, którzy także dziś płyną do Livorno. Korzystają jednak z innej linii promowej, wyruszają pół godziny wcześniej i chyba nie będziemy razem wracać. Żegnamy się pod sklepem z pamiątkami, w którym za chwilę każdy z nas zakupi po koszulce z mapą Korsyki. Trzeba wracać do samochodu i jechać na prom.

Stoimy w niewielkiej kolejce: może dwadzieścia samochodów z włoskimi, austriackimi, jedną polską i jedną słowacką rejestracją. To jeszcze nie czas powrotów kajakarzy, ale i już nie czas przyjazdów: z promu, który przypłynął z Livorno zjeżdża zaledwie kilka samochodów. Chyba to ruch lokalny, bo widzimy tylko jeden kamper. Po chwili jesteśmy już na promie.

Pogoda jest tak paskudna, że niemal nikt nie wychodzi na pokład. Także i my nie czujemy potrzeby jakichś wielkich pożegnań. Przecież wrócimy tu w przyszłym roku. Zostało jeszcze ,,parę'' rzek, których nie znamy, a te, które poznaliśmy, chętnie odwiedzimy jeszcze raz.

Wyjazd w pigułce:

  • Dojazd:

    samochodem do Livorno (około 1600 kilometrów z Warszawy, przez Bratysławę, Wiedeń, Tarvisio i Florencję). Prom z Livorno do Bastii płynie 4 godziny. Codziennie jest kilka połączeń, bo trasę obsługuje kilka firm.
  • Koszt dojazdu:

    paliwo (zależnie od samochodu), winietki autostradowe na Słowację (7 dni -- trzeba kupić dwie): 4,90 EUR i Austrię (10 dni -- wystarczyła jedna): 7,90 EUR, opłaty autostradowe we Włoszech: około 60 EUR (w obie strony), prom 125 EUR (w obie strony).
  • Wyżywienie:

    ceny w supermarketach wyższe niż w Polsce (z wyjątkiem wina) -- pieczywo dla 4 osób kosztowało jakieś 5 EUR dziennie (a nie jesteśmy amatorami pieczywa). Większość żywności wzięliśmy z Polski, gotowaliśmy na gazie. Obiad w restauracji dla czterech osób kosztował w granicach 60-70 EUR.
  • Noclegi:

    kemping kosztował około 25 EUR za noc (cztery osoby, namiot, samochód, zniżka dla kajakarzy). Większość noclegów spędziliśmy jednak na dziko. Wydaje się, że jest to zabronione, ale nie napotkaliśmy żadnych problemów.
  • Pływanie:

    przewodniki po Korsyce opisują ponad 35 rzek, z których większość to szlaki trudne i bardzo trudne (WW 4 i więcej). Wymagane są odpowiednie umiejętności i sprzęt. Dolne odcinki większych rzek oferują trudność zbliżoną do Białki i Dunajca, ale zawsze konieczne jest dokładne sprawdzenie opisu w przewodnikach. Korsyka to także raj dla kajakarzy morskich, ale o tym wiem tylko na podstawie opisów.
  • Uczestnicy:

    Marcin Adamczyk (Wave Sport Diesel 75), Waldemar Dobrowolski (Dagger Mamba 8.0), Tomasz Kukuła (Pyranha Burn L), Jacek Starzyński (Riot Magnum 72).

Dziękujemy firmom Nurt i Pro Kajak oraz klubowi WAKK ,,Habazie'' za wsparcie sprzętowe, które ułatwiło wyjazd!

 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl