kategoria: szlaki / zagranica


Kajakowa wyprawa morska do Chorwacji

wrzesień 2004
Ania i BArtek Sawiccy


Wszystko zaczęło się od tego, że w niemieckim czasopismie kajakowym Kanu Magazin przeczytaliśmy opis wyprawy kajakowej do Grecji. Skuszeni pięknymi zdjęciami postanowiliśmy powtórzyć pomysł i spróbować naszych sił na morzu. Grecję zamieniliśmy jednak na Chorwację z prozaicznej przyczyny odległości.

Przygotowania

Na początku mieliśmy jechać tylko we dwójkę, ale okazało się, że pomysł znalazł zainteresowanie wśród znajomych kajakarzy. W końcu ruszyliśmy w 10 osobowej grupie znajomych - w ten sposób było na pewno raźniej i bezpieczniej. Grupa nasza była warszawsko-krakowska (WAKK Habazie & AKTK Bystrze) i składała się z osób z dużym lub bardzo dużym doświadczeniem nizinnym i górskim. Nikt z nas jednak nigdy nie pływał po morzu.
widoczek


Głównym wyzwaniem przed, którym stanęliśmy planując wyjazd okazało się zorganizowanie kajaków. Kajakarstwo morskie nie jest w Chorwacji specjalnie popularne i jedyne kajaki jakie mogliśmy zaleźć na miejscu to sit-on-top'y, które niespecjalnie się nadawały do naszych celów.
Dzięki uprzejmości redakcji Wiosła i producentów kajaków, udało nam się pożyczyć 3 kajaki do testów jako przedłużenie akcji 'Bałtyk pod Wiosłem'. Były to Baltic Expedition Plastexu, Shoreline Kanu i Eski 550 Lettmana. Resztę udało dozbierać się prywatnego i klubowego (Wakk Habazie) sprzętu. Był więc jeszcze Prijon Excursion, Lettman Traveller. Ale na tym koniec o sprzęcie ponieważ porównanie testowanych w Chorwacji kajaków będzie w oddzielnym tekście.

Wyjazd zaplanowaliśmy na wrzesień, ponieważ wydawało nam się, że pogoda jeszcze będzie dobra, morze ciepłe, a przynajmniej nie będzie już wielkich upałów. Okazało się jednak, że upałów faktycznie nie było, ale za to zaczęły się wiatry - szczególnie uciążliwe dla kajakarzy na morzu.
Głównym spodziewanym problemem aprowizacyjnym był brak słodkiej wody na wyspach. Wobec tego musieliśmy wieźć ze sobą w kajaku zapas pitnej wody na tydzień, nie mówiąc o jedzeniu.

Kornaty

Długo zastanawialiśmy się, gdzie pływać w Chorwacji, bowiem cała linia brzegowa usiana jest wyspami i ciekawa. Po burzliwych dyskusjach i poszukiwaniach internetowych, zdecydowaliśmy się na Kornaty. Kornaty są archipelagiem 152 małych wysp znajdującym się około 30 km od Zadaru, czyli brzegów północnej Dalmacji. Większą cześć z nich zajmuje Kornacki Park Narodowy (89 wysp leżących na 200 km2 Adriatyku). Są one w zdecydowanej większości niezamieszkane, lub zamieszkane jedynie sezonowo przez wędkarzy i amatorów odludzia.

widoczek
Wyspy są bardzo skaliste ze skąpą roślinnością. Charakterystyczną ich cechą są ułożone murki z kamieni, których celem było prawdopodobnie oczyszczenie ziemi pod uprawę oliwek i wypas kóz. Brzeg wysp to najczęściej ostre nieprzystępne skały, na które nie sposób wysiąść z kajaka. Niestety to, co zdecydowanie rzuca się w oczy w całej Chorwacji to brud i śmieci, które są na praktyczne każdej wyspie niezależnie czy zamieszkanej czy nie.


Spływ

Po 20 godzinach w samochodzie dojechaliśmy do Biogradu. Stamtąd postanowiliśmy rozpocząć nasz spływ (o ile w przypadku morza w ogóle można mówić o spływie). Bez trudu znaleźliśmy wyludniony pod koniec sezonu kemping nad samym morzem. I jeszcze pierwszego dnia po południu dla rozgrzewki mogliśmy popływać na falach, które wtedy wydawały nam się spore, a ostatniego dnia już malutkie.

Naszym pierwszym celem była wyspa Murter, nosząca ślady rzymskiego dziedzictwa. Trasa była łatwa, bo wzdłuż brzegu i osłonięta przed otwartym morzem - idealna na początek morskiej przygody.
Wyruszyliśmy następnego dnia rano. W słońcu, przy bardzo małym wietrze oraz fali dopłynęliśmy do Betiny. W tej starej, urokliwej miejscowości o bardzo wąskich uliczkach uzupełniliśmy zapasy wody pitnej i jedzenia. Pierwsze 18 kilometrów poszło bardzo łatwo, tak łatwo, że już snuliśmy plany jak  opłyniemy całe Kornaty dookoła (które później okazały się zupełnie nierealne).

betina
Od tej pory zaczęliśmy płynąć w kierunku właściwych Kornatów, czyli oddalać się od lądu. Głównym celem płynięcia były największe wyspy Kornat i Dlugi Otok. Szczegółowa trasa płynięcia jednak uzależniona była tego, z której strony danego dnia wiał wiatr. Wiatry bowiem zmieniały się często i raz wiała bora (wiatr z gór), potem jugo (z południa, czyli w stronę lądu), a czasem na szczęście, w ogóle nie wiało. Jednak gdy wiało dużym ułatwieniem była duża liczba wysepek za, którymi można było osłonić się od wiatru i fali.  Choć czasem i one niewiele dawały.

Po wyruszeniu z Murteru skierowaliśmy się w stronę wyspy Pasman. Co prawda pogoda nadal była piękna i wiał słaby wietrzyk, ale pierwsze kilometry po nieosłoniętym akwenie dały nam się we znaki. Po raz pierwszy na horyzoncie pojawił się duży statek, po raz pierwszy fale bujały nas pełnomorskie fale. Jednak na osłodę udało nam się zobaczyć delfiny wyskakujące z wody. To było jedyne spotkanie z delfinami, jednak 'latające ryby' spotykaliśmy codziennie i to w dużych ilościach. Na Pasmanie po raz pierwszy spotkaliśmy się z problemem noclegu. Brzeg jest skalisty i trudno dostępny, a wszystkie zatoczki zajęte są przez małe gospodarstwa. Na szczęście większość z nich była opuszczona, a jeśli był właściciel to zawsze życzliwie zapraszał nas na swój teren. Ten dzień okazał się rekordowy, przepłynęliśmy 22 km.

Po nocy spędzonej w gaju oliwnym pustego domostwa, poranek przywitał nas brzydką pogodą - niebo było w pełni zachmurzone i wiał dość silny wiatr. Natomiast jak rozbujało się morze przekonaliśmy się dopiero po wyjściu z cichej zatoczki.
widok z dziobu

Gnani falami przepłynęliśmy 5 km odcinek wzdłuż  brzegu w pół godziny, niestety dalej nie dało się płynąć z wiatrem. W kierunku Kornat trzeba było skręcić i płynąć bokiem do fali. Trochę przestraszeni brzydką pogodą postanowiliśmy przeczekać trochę. I jak na zawołanie z brzegu zaczął do nas machać zapraszając do siebie stary rybak. Następne kilka godzin spędziliśmy słuchając opowieści o morskich przygodach i lokalnych wiatrach.
Niestety trzeba było płynąć dalej. Przed nami był chyba najtrudniejszy (jak się później okazało) etap - 3 kilometrowy zupełnie nieosłonięty odcinek między wyspami, na którym morze miało miejsce się rozpędzić i utworzyć około 1,5 m fale, do których w dodatku musieliśmy płynąć głównie bokiem. Na szczęście obyło się jednak bez wywrotek, choć nie bez nerwów. Dalej płynęliśmy już z wiatrem, chowając się za wysepkami. Po 15 km tego dnia, nocleg znaleźliśmy w pustym domu na wyspie, który zamieszkiwały hordy kotów.

statek
Poranne spojrzenie na mapę przekonało nas, że do właściwych Kornatów było już blisko. Przepływając przesmykami pomiędzy wyspami szczególnie trzeba było uważać na tzw. większe jednostki pływające czyli, kutry rybackie, jachty, statki wycieczkowe, których jest sporo w bezpośrednim sąsiedztwie parku narodowego. Po 11 km zobaczyliśmy w końcu wielką tablicę 'Nacionalni Park Kornati'. Nocleg zaplanowaliśmy nad ostatnią atrakcją turystyczną, do której chcieliśmy dotrzeć. Było 'słone jezioro' na wyspie Dlugi Otok. Jak na złość tym razem czekało nas 6 km wiosłowania pod wiatr - tak mocny, że niektórzy pesymiści mówili, że w ogóle się nie przesuwamy do przodu. Jednak udało się i było warto, bo u celu znaleźliśmy knajpkę dla turystów, w której zjedliśmy rewelacyjną rybę na kolację.

W nocy wiatr wzmógł się na tyle, że trudno było spać. Rano sytuacja nie poprawiła się znacząco. Zamiast walczyć z falami postanowiliśmy zwiedzić wyspę na piechotę. Obejrzeliśmy słone jezioro i wspięliśmy się na lokalny szczyt (150 m n.p.m.). Panorama morza usianego wypalonymi przez słońce wysepkami i wiatr 'urywający głowę' to wspaniałe wspomnienie. Stało się jasne, że nie mamy szans wrócić na czas do samochodów - pogoda pokrzyżowała nam szyki. Na szczęście okazało się, że niedaleko, w miejscowości Sali jest port, z którego pływają promy do Zadaru. To nas uratowało. Tego dnia do wieczora zmagaliśmy się z 14 kilometrami do Sali, z których większość znowu była pod wiatr. Zaczeliśmy już żartować, że niezależnie w którą stronę zaczniemy płynąć i tak będziemy mieć wiatr w twarz.
prom

Następnego dnia rano czekały na nas kolejne przygody, tym razem z promem. Okazało się bowiem, że z Sali kursują tylko wodoloty i promy osobowe, które nie mają przestrzeni bagażowej. Bosman z dużą niechęcią, ale w końcu zgodził się zabrać nasze kajaki. Załadowaliśmy cały sprzęt i siebie na drewniane ławki na pokładzie, a prom w końcu odpłynął.
Znowu pogoda była przeciwko nam, świeciło piękne słońce, nie wiało, a morze było płaskie jak stół - idealne warunki do kajakowania, a my płyniemy promem. No cóż, gdyby pogoda poprawiła się o jeden dzień wcześniej wrócilibyśmy na stały ląd o własnych siłach. Po dwóch godzinach miłego leniuchowania dopłyneliśmy do Zadaru, w którym skończyła się nasza morska wycieczka.


Pływanie po morzu

Chcielibyśmy podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które z pewnością dla kajakowych wilków morskich są oczywiste, jednak dla nas początkujących były ciekawą nowością:
  • Pływaniu po morzu towarzyszy nieustannie smak soli w ustach. Fale rozbijające się na naszym kajaku ciągle
    widoczek
    chlapią na nas słoną wodę, a wiatr i słońce powodują szybkie odparowywanie. Pozostaje tylko sól, która wbija się wszędzie i pokrywa wszystko grubym białym nalotem. Wieczorem warto się spłukać z tego osadu nawet słoną wodą.
  • Z powodu tej samej chlapiącej słonej wody, bardzo przydatne są okulary przeciwsłoneczne. Dzięki nim oczy nie szczypią i słońce nie razi, czyli są one obowiązkowym wyposażeniem kajakarza morskiego.
  • Warto przypomnieć, że kamizelki asekuracyjne i dobre fartuchy to absolutna konieczność podczas pływania po morzu. Praktycznie cały czas używaliśmy jednego i drugiego, a fartuch był zawsze zapięty na kokpicie. Wtedy dopiero doceniliśmy rolę siateczek i linek pokładowych - dzięki nim mieliśmy dostęp do drobiazgów, typu mapa, czy butelka z wodą pitną, bez ryzykownego zdejmowania fartucha.
  • Podczas pływania po morzu, w przeciwieństwie do nizin, dużo uwagi i wysiłku trzeba włożyć w utrzymanie kierunku, dlatego bardzo  przydatny w kajakach morskich jest ster. Oczywiście można sobie dać radę bez niego, ale wysiłek włożony w wiosłowanie musi być znacznie większy. Prawdopodobnie, gdyby wszystkie nasze kajaki były wyposażone w porządne stery - moglibyśmy pokonywać znacząco większe etapy.

Zakończenie

Ogólnie trzeba przyznać, że morze zweryfikowało nasze plany i wyobrażenia. Jadąc zakładaliśmy, że dzienne odcinki będą wynosić około 30 km. Okazało się jednak, że jeśli trzeba płynąć pod falę i wiatr realny dystans to 15 km. Przekonaliśmy się, że pogoda, a właściwie wiatr ma decydujące znaczenie, znacznie większe niż w przypadku spływów na śródlądziu.
Jednak podsumowując naszą pierwszą próbę morską należy zaliczyć do udanych i na pewno nie będzie to nasza jedyna wyprawa morska.

Różne szczegóły:

Mapa
Trasa: z Warszawy samochodem 1300 km, w większości po autostradach.
Trasa płynięcia: 91 kilometrowa pętla po Adriatyku w Chorwacji po archipelagu Kornaty. 1 dzień - rozpływanie (3km); 2 dzień - Pakostane-Betina (17km); 3 dzień - Betina-Pasman (21km); 4 dzień - Pasman-Sit (15km); 5 dzień - Sit-Dlugi Otok (17km); 6 dzień - Dlugi Otok-Sali (14km); 7 dzień - powrót promem Sali-Zadar
Ceny
: podobne jak w Polsce, a czasem wyższe.
Język: serbsko-chorwacki - zrozumiały dla Polaków.
Uczestnicy wyjazdu: Ania Sawicka, Małgosia Grzybowska, Agata Pasuniak, Basia Niedźwiedzka, Asia Jaroszewska, Łukasz Pająk, Tadeusz Pająk, Michał Radek, Piotrek Pasuniak, Bartek Sawicki.


widoczek
 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl