kategoria: szlaki / zagranica


Hamerak

Tekst: Marek Werner (Marucha) wmarucha@free.pobox.pl
Zdjęcia: Sylwia Toperek

Była nas czwórka: Sylwia, Mateusz, Witek i ja. Wyruszyliśmy poprzedniego dnia z Warszawy w strugach deszczu ok. godziny 20. Wiedzieliśmy tylko, że "Hamerak" to coroczna impreza kajakarska odbywająca się w pierwszy weekend października. W tym roku spotkanie, już po raz 41, wypadło w dniach 5-6.10.2002.

Po całonocnej jeździe wczesnym rankiem zbliżaliśmy się do kolejnego przejazdu kolejowego, tym razem podjeżdżając pod górkę. Wyjeżdżając zza zakrętu, w bladym świetle mokrego poranka ujrzeliśmy malutką stacyjkę, jakby żywcem przeniesioną z jakiejś bajkowej historii. Na murze widniał napis: Maly Ratmirov. Zjechaliśmy od przejazdu ok. 200m w dół i zatrzymaliśmy się na wysokiej grobli zamykającej jezioro.

To chyba jest gdzieś tu? - pytaliśmy się siebie nawzajem.

Obok grobli dwóch Czechów rozkładało typowy namiotowy stragan. Zapytani o kajakarzy wzruszyli tylko ramionami i pokazując drogą w bok, mówili coś o .chatovym taborze.. Pojechaliśmy we wskazanym kierunku i po chwili naszym oczom ukazał się wspaniały dla większości kajakarzy widok. Z porannej mgły wyłoniły się dziesiątki kolorowych kajaków i kanadyjek leżących na dachach samochodów, przyczepkach kajakowych różnej wielkości oraz przy rozstawionych, na terenie ośrodka namiotach. Takiego zgrupowania sprzętu kajakowego w Polsce się nie spotyka.

Tak, to tu. Jednak dojechaliśmy na czas.

Zakwaterowaliśmy się w czteroosobowym drewnianym domku. W przedsionku stał metalowy piec (typu .koza.), który jak się później okazało, znakomicie ogrzewał całe pomieszczenie oraz umożliwiał gotowanie. W jedynym pokoju po obu stronach jedynego okna stały dwa piętrowe łóżka. Wyposażenie uzupełniały cztery stołki, stół-ława i mała komódka.

Woda na rzece miała być już o 9:00. I faktycznie około 9:00 w obozowisku rozpoczęła się gorączkowa krzątanina. Jedni ciągnęli lub nieśli swoje łódki nad wodę inni ubierali się w pianki i numery startowe.

Jeszcze inni dokonywali zakupów sprzętu lub akcesoriów w rozłożonych na brzegu stoiskach różnych firm. Można tam było kupić łódki Prijona, Letmana, Perception, Zeleznego, Gumotexu i innych zarówno nowych modeli jak i wcześniejszych, kajaków, kanadyjek, jedno i dwuosobowych, pontonów, często z dużym upustem. Można było kupić praktycznie cały osprzęt kajakowy, kaski, czepki, kurtki, pianki, fartuchy, buty, kamizelki, rzutki, torby nieprzemakalne i wiele innych akcesoriów.

W recepcji otrzymaliśmy od organizatorów program imprezy oraz dowiedzieliśmy się, że pływanie po rzece jest płatne. Mogliśmy wziąć udział w zawodach (30KCZ) lub wykupić .przepustkę. na nieograniczone pływanie za 40KCZ. Dodatkowo numery startujących miały brać udział w losowaniu cennych upominków, przeprowadzanym podczas oficjalnego podsumowania zawodów.

Po śniadaniu Mateusz, Witek i ja, zdecydowaliśmy się na start w zawodach, szczególnie, że zawody te Czesi traktowali raczej .luźno., jako zabawę, a nie rywalizację. Zawodnicy musieli płynąć pomiędzy bramkami rozmieszczonymi na trasie, ale pomiaru czasu nie było. Każdy z nas dostał swój numer startowy Mateusz . 148, ja . 149, a Witek . 150 i po przebraniu w pianki popłynęliśmy na "Start".


Mateusz, Witek i Marucha czakają na start.

Miejsce startu znajdowało się na lewym brzegu jeziora zaporowego. Co 30 sekund wyczytywano numer startowy zawodnika i zaznaczano czy zawodnik stawił się na start. Startujący pierwszą bramkę pokonywał jeszcze na brzegu i po przeciągnięciu przez nią kajaka wodował się na brzegu jeziora. Po dopełnieniu formalności pokonania pierwszej bramki popłynęliśmy w kierunku zastawki na grobli. Wypogodziło się i z przyjemnością płynęliśmy w ciepłym jesiennym słoneczku, podziwiając malownicze wzgórza wokół jeziora ubarwione złotem i czerwienią jesieni. Na grobli musieliśmy wyjść z kajaków, aby dokonać przenoski na rzekę i tu spotkała nas pierwsza niespodzianka.

Na grobli stała długa licząca kilkadziesiąt osób, kolorowa kolejka kajakarzy czekających ze sprzętem na swoją kolej zejścia na wodę. Zejście po gliniastym i mokrym podłożu ze stromej ponad 10 metrowej grobli było bardzo śliskie i nieprzyjemne, wiec organizatorzy przygotowali szeroką drewnianą drabinkę z linami poręczowymi. Jednak zejście nawet po tej drabinie było bardzo trudne i schodzący ze sprzętem potykali się i przewracali.

Stanęliśmy w kolejce pośród kajaków, kanadyjek i pontonów, lecz gdy zbliżyliśmy się do wyznaczonego zejścia, we trzech rozstawiliśmy się na zboczu obok drabinki i podając sobie nawzajem kajaki szybko i sprawnie znieśliśmy je nad wodę.


Zejść na wodę naprawdę było trudno.

Tu wodowaliśmy się do małego jeziorka do którego przez otwartą rurę waliła pod ciśnieniem woda z jeziora zza grobli. Strumień wody płynącej z rury był tak silny, że tworzył nieregularny nurt o szerokości ok.2m i długości ok. 20m oraz dwie silne cofki po jego obu stronach. W tych cofkach czaiło się ponad 20 kajakarzy, czekając na swoją kolej wejścia na ten silny nurt. Wejście w nurt, moment zabawy i po chwili sponiewierani przez wodę znowu czekają w cofce.

Cały odcinek rzeki od grobli do Jindřichov liczy 6,2 km i dzieli się na dwie części:

  1. Maly Ratmirov - Dvoreček 2,4km (WWIII . III+)
  2. Dvoreček - Jindřichov 3,8km (WWII)

Canyon jest tu zdecydowanie za duży.

Pierwszy odcinek, tak naprawdę, zawiera poza startowym jeziorkiem z przepustem cztery kaskady z wypłaszczeniami przed i po. Cała rzeczka malowniczo wije się dość głębokim, zalesionym jarem. Jest niezbyt głęboka, ale dość bystry nurt powoduje, że dla mniej doświadczonych kajakarzy stanowi duże wyzwanie. Ponieważ większość kajakarzy pływa tylko pierwszy trudniejszy odcinek, to płyniecie odbywa się w przymusowym szyku praktycznie jeden za drugim z odstępami ok. 5 .10 m. Oczywiście każdy może się zatrzymać w dowolnej cofce i poczekać na więcej miejsca, by móc poćwiczyć w wybranym miejscu, ale takich chętnych jest zazwyczaj więcej, więc przy każdym ciekawszym miejscu jest kolejka. A jak już wejdziesz w upatrzony odwój to za chwilę musisz z niego uciekać przed nacierającym z góry pontonem. Ale atmosfera jest wspaniała. Prawdziwa kajakarska zabawa.

Wzdłuż pierwszego odcinka rzeczki prowadzi ścieżka umożliwiająca oglądanie z brzegu płynących na praktycznie wszystkich ciekawszych momentach.


Kolejne miejsce do zabawy.

Witek pokonuje moment.

Mateusz na bystrzu.

Drugi odcinek swoim charakterem przypominał mi Łupawę. Malownicza rzeka z bystrym nurtem z dużą liczbą kamieni pod wodą, ale bez trudniejszych momentów, wije się pośród zalesionych i kolorowych o tej porze roku lasów. Spływ kończy się za mostem w Jindřichov.

My spłynęliśmy pierwszy odcinek bawiąc się po drodze w każdym możliwym miejscu. Na moście w Dvorecku czekała już na nas Sylwia. Umówiliśmy się z nią, że spłyniemy drugi odcinek rzeki i spotkamy się z nią na mecie. Drugi odcinek był po prostu ładny, ale nie było miejsc do zabawy. Spłynęliśmy go szybko delektując się jesiennymi widokami rzeki rozświetlanymi promieniami słońca. Za mostem w Jindřichov Była meta zawodów.

Tu zawodnicy oddając swoje numery startowe, w zamian otrzymywali gorącą herbatę i/lub piwo oraz kanapki za smalcem i cebulą.

Wszyscy radośni i uśmiechnięci, aż miło było popatrzeć.

Wrzuciliśmy nasze łódki na samochód i przewieźliśmy je na start przy grobli. Zamieniłem się z Witkiem kajakiem i spłynęliśmy ponownie pierwszy odcinek rzeki, znów bawiąc się gdzie tylko było można.

Po powrocie z pływania zjedliśmy smaczny obiad w jadłodajni na terenie ośrodka, napaliliśmy w naszej .kozie. i z przyjemnym uczuciem lekkiego zmęczenia czekaliśmy na oficjalne ogłoszenie wyników zawodów i oczywiście losowanie upominków. Niestety nic nie wylosowaliśmy. A upominki były ciekawe: wiosła, kamizelki, rzutki, koszulki i wiele innych mniej atrakcyjnych akcesoriów. Słońce już dawno zaszło, niebo zachmurzyło się zaczęło kropić.

Wróciliśmy do domku, który przywitał nas przytulnym ciepełkiem bijącym od naszej .kozy.. Postanowiliśmy przetestować czy mimo nieprzespanej nocy i dnia na wodzie jesteśmy jeszcze w stanie zagrać w brydża. Okazało się, że sił starczyło nam na dwa i pół robra. W czasie gry .dziadek. dokładał do ognia i idąc spać domku było tak gorąco, że aż trudno było zasnąć.

Nad ranem obudziłem się z zimna. No cóż - pomyślałem. Mam słaby śpiwór, a domek jest letni. Na dworze pewnie jest przymrozek więc to możliwe.

Nakryłem się na głowę. Od razu zrobiło mi się ciepło i zasnąłem ponownie. Nagle budzę się ponownie tym razem z powodu jakiegoś hałasu docierającego zza okna. Rozglądam się i widzę nasze okno otwarte na całą szerokość. Okazało się, że Mateusz otworzył okno aby przewietrzyć pokój, ale zasnął tak mocno, że już go nie zamknął. Więc całą noc przespaliśmy przy szeroko otwartym oknie.

Hałas, który nas obudził był jak się okazało uzasadniony; była już godzina 11:00. Spaliśmy smacznie, ale za długo. Woda w rzece już płynęła od 2 godzin. Szybko zjedliśmy śniadanie i spakowaliśmy nasze rzeczy do samochodu, przebraliśmy się w ciepłe i suchutkie pianki i spłynęliśmy ponownie pierwszy odcinek, Sylwia szła brzegiem robiąc nam zdjęcia. Niestety dzień był pochmurny i siąpił deszczyk, więc nie było tak uroczo jak poprzedniego dnia.

Po płynięciu zapakowaliśmy cały majdan na samochód i ok. 14:00 wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Do Warszawy przyjechaliśmy ok. 3 nad ranem.

Podsumowanie:

  • Przejechaliśmy 1604km.
  • Spaliśmy w cieplutkim domku za ok. 23PLN od osoby.
  • Pływaliśmy rzekę, której normalnie nie da się pływać (brak wody), ale tylko 6,2km.
  • Smacznie jedliśmy.
  • Spędziliśmy czas w miłym towarzystwie.

Jak na tak długą podróż pływania nie było za wiele. Sama impreza jest bardzo sympatyczna, ale warto ją przedłużyć i połączyć z pływaniem innych rzek lub np. z zabawą na torze w Bratysławie lub Pradze.

 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl