kategoria: szlaki / zagranica


mapa

Podróż po Bałtyku miedzy wyspami w Estonii

Anna Siudut

Galeria zdjęć

O pływaniu kajakiem po morzu marzyłam już od dawna, toteż gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu estońskiego biura podróży Seikleja oraz przeczytałam tajemnicze słowa: tee midagii erilist! - zaczęłam wysyłać maile. Na szczęście strona internetowa biura opracowana jest w językach angielskim i niemieckim.... Estoński z przedziwną kombinacją dwóch samogłosek obok siebie oraz niesłychaną liczbą przypadków - 14! - szybko mnie zniechęcił.

Odpowiedź na mail wysłany głęboką zimą przyszła szybko i natychmiast zaczęłam snuć marzenia... Ale nadeszła wiosna i kiedy już właściwie należało dokładniej zaplanować podróż, biuro seikleja umilkło.. Dopiero po dłuższym czasie otrzymałam odpowiedź: wszyscy płyną kajakami naokoło Estonii... Ta podróż trwała ok. czterech tygodni, w międzyczasie zaczęły się pojawiać na stronie internetowej zdjęcia z wyprawy. Zmagania wszystkich uczestników z kwietniową pogodą (raczej niepogodą) śledziłam z zapartym tchem, biorąc pod uwagę fakt, że kajaki trzeba było także ciągnąć po lądzie...

Wyprawa dobiegła końca i w maju ponownie nawiązaliśmy kontakt. Sympatyczny przewodnik Bert pisał o 1000 km, które uczestnicy wyprawy pokonali w 29 dni...

Estonia ma ok. 1500 wysp. Cztery największe to Saremaa, Hiuma, Muhu i Vormsi, są znakomicie zagospodarowane turystycznie. Wszystkie wyspy mają bardzo bogatą florę i faunę: można tu doliczyć się ok. 600 gatunków roślin. Są one tez miejscem zamieszkania bądź czasowego zatrzymywania się bardzo wielu gatunków ptaków wodnych, przybrzeżnych i brodzących, m. in. orlika krzykliwego, wielu gatunków kaczek i innych. Większość wysp była zamieszkana od stuleci: ich mieszkańcy uprawiali rolę i łowili ryby - jedno i drugie było ich podstawą utrzymania. Wyspy opustoszały za czasów przynależności Estonii do Związku Radzieckiego - urządzono na nich dobrze zaopatrzone bazy wojskowe, a mieszkańców wysiedlono. Dziś na kilku wyspach utworzono ścisłe rezerwaty przyrody.

Nigdy nie pływałam po morzu. Prowadząc niemieckie i polskie grupy w biurze diuna przemierzyłam sporo rzek Mazur, Suwalszczyzny i Litwy - wszystkie w bardzo różnych warunkach i porach roku - od wiosny do jesieni. Pływałam na kajakach dwuosobowych i pojedynczych, także w canoe. Zdawało mi się, że mam spore doświadczenie i w związku z tym poradzę sobie w każdych warunkach. Przeczytałam, ze biuro seikleja posiada kajaki morskie poliestrowe wyprodukowane w Estonii - na zdjęciach wyglądało to imponująco.

Wymieniłam jeszcze parę maili z Bertem, całkiem dobrze posługującym się j. niemieckim i ruszyłam do Estonii 19 lipca. Jedyny środek transportu to estoński autobus kursujący z Krakowa. Po bardzo długiej podróży (26 godz.) dotarłam do Talinna następnego dnia po południu i bez trudu znalazłam położone kilka km od centrum schronisko typu B&B - aby zapytać o drogę i tam dotrzeć, musiałam szybko sięgnąć pamięcią do trochę zapomnianych zasobów języka rosyjskiego, którego moje pokolenie z taka niechęcią uczyło się w szkole...

Schronisko okazało się być całkiem sympatyczne - właściciel mówił po angielsku a ja doceniłam nie po raz pierwszy Internet, dzięki któremu mogłam je znaleźć i dokonać rezerwacji...

W piątek przyjechał (raczej przyleciał...) mój partner z Niemiec, a w sobotę odezwał sie Bert i zgodnie z zapowiedzią przyjechał po nas w poniedziałek rano. Ruszyliśmy i w trakcie rozmowy szybko okazało się, że będziemy płynąć w trójkę... Ku naszemu zadowoleniu. Po drodze dokonaliśmy wyboru kajaka: ponieważ nie było kajaków jednoosobowych, wybraliśmy bardzo wyczynowy dwuosobowy kajak morski, którym, jak wyraźnie zaznaczył Bert, raczej nie pływają początkujący. Mój partner Soenke był trochę zaniepokojony, ja, szczerze mówiąc też...

Wspaniałą trasą Via Baltica dotarliśmy do miejscowości Virtsu, skąd wypływa prom łączący z lądem trzecią co do wielkości wyspę Estonii - Muhu. Po zrobieniu zakupów żywności szybko zapakowaliśmy nasze rzeczy do kajaków i... w drogę. Bus biura seikleja odjechał, prowadzony przez Alara - drugiego przewodnika, a my, ubrani w kamizelki i fartuchy (czułam się w tym jak w średniowiecznej zbroi), wsiedliśmy do kajaków. Pogoda sprzyjała zwłaszcza mnie: prędko okazało się, że wiosłowanie po morzu to jednak co innego. W dodatku siedziałam z tyłu i obsługiwałam ster.

Bert przymocował do swojego kajaka zwykły atlas drogowy, pieczołowicie owinięty folią oraz kompas - kolejne wyspy, których w Estonii jest aż 1500, były widoczne na horyzoncie.

Po kilku godzinach, już późnym popołudniem, dotarliśmy do niewielkiej wysepki Kesselaid: zostawiliśmy kajaki na kamienistej plaży i ruszyliśmy w głąb wyspy, przedzierając się przez kłujący pas jałowców. Znaleźliśmy niewielką łączkę po kilkunastu minutach marszu i postanowiliśmy wrocić po kajaki. Bert szczegółowo opowiadał historię wysp, które za czasów przynależności Estonii do Związku Radzieckiego były prawdziwymi bazami wojskowymi, o czym mieliśmy się niebawem przekonać. Po raz pierwszy dane mi było widzieć orły bieliki, przelatujące nad naszymi głowami, a Bert dodał, że przy odrobinie szczęścia będziemy mogli zobaczyć pływające w Bałtyku foki.

Następnego dnia ruszyliśmy w drogę przy ładnej, choć nieco chłodnej pogodzie. W planach mieliśmy dotarcie na wyspę Hanikatsilaid, położonej już przy drugiej co do wielkości wyspie Estonii Hiiumaa. Pod ok. dwóch godzinach - powoli opanowywałam technikę wiosłowania na morzu - dotarliśmy do miejscowości Nommküla, położonej na północnym brzegu wyspy Muhu. Miejscowość okazała się być małą, częściowo opuszczoną wsią. Kilkanaście minut marszu i znaleźliśmy sie w niewielkim, choć znakomicie zaopatrzonym wiejskim sklepiku. Doceniłam fakt wstąpienia Estornii do Uni Europejskiej, bo parę lat wcześniej wiejskie sklepiki wyglądały zapewne nieco inaczej....Uzupełniliśmy zapasy żywności, a mnie zdumiał wybór oraz ceny alkoholi...Butelka znakomitego hiszpańskiego wina, którą zakupiłam, aby uczcić imieniny, kosztowała ok. 5 zł... Ruszyliśmy dalej. Wiatr był silniejszy i należało ostro walczyć z falami: nie było mowy o odłożeniu wiosła, tak jak na jeziorach czy rzekach, a fale nie raz i nie dwa przelewały się nam dosłownie przez głowy....

Zatrzymaliśmy się na maleńkiej wysepce Körgelaid, zamieszkałej tylko przez owce. Po szybkim obiadku - dalej w drogę. Morze było szare, fale coraz większe, ale za to tego dnia po raz pierwszy dane mi było zobaczyć fokę: po prostu kilkanaście metrów ode mnie z morza wychyliła sie okrągła, wąsata mordka. W zasięgu wzroku mieliśmy zielone wysepki Ahelaid, Köverlaid - obie niedostępne, jako ścisłe rezerwaty przyrody.

Morze uspokoiło się zupełnie pod wieczór, kiedy wreszcie dobiliśmy do wysepki Hanikatsilaid. Kilkanaście metrów od brzegu, w gęstych jałowcach, znaleźliśmy ogrodzone miejsce na ognisko i namioty. Dlaczego było ogrodzone, dowiedzieliśmy się od Berta, a przekonaliśmy się rano. Otóż na wiele wysp - tę także między innymi - przywozi się na lato owce. Potem jesienią zwierzęta są zabierane przez hodowców. A my po rozstawieniu namiotów poszliśmy w głąb wyspy - Bert powiedział, że na tej wysepce jest studnia, gdzie będzie można uzupełnić zapas słodkiej wody. Szliśmy przez łąki, porośnięte gęsto jałowcami, mijając ciekawy, ciągle sprawny wiatrak, tzw. koźlak - jeden z nielicznych śladów niedawnej jeszcze obecności mieszkańców - ostatni z nich opuścili wyspę w 1966 roku. Dotarliśmy do kilku chat, a których jedna jest czasowo zamieszkała. W środku kilka sprzętów, proste, ubogie wnętrze. Nabieramy ze studni wody i wracamy na brzeg do naszych namiotów, aby po kolacji przy ognisku z winem - w końcu to imieniny - zapaść w kamienny sen.

Rano - wspaniałe słońce, ale i wiatr. Ledwo zasiedliśmy do śniadania, usłyszeliśmy beczenie owiec i szybko przekonaliśmy się, po co miejsce na ognisko było ogrodzone żerdziami.... Choć co prawda, zwierzaki nie były zbyt natrętne i szybko je przepędziliśmy.

Tego dnia wiało. Na szczęście usiadłam z przodu i nie musiałam martwić się o ster. Bert, co prawda mówił, ze nie jest tak źle i ze wiatr wieje z prędkością "tylko" 10m/sek. Ale i tak niewiele tego dnia widziałam, oprócz zbliżających się kolejnych fal, które skutecznie przesłaniały horyzont. A więc do góry, do góry, na szczycie fali było widać upragniony horyzont - i potem znów w dół. Za to przy takiej pogodzie dało się wspaniale serfować na falach... Nasz kajak spisywał się znakomicie i osiągnęliśmy chyba niezłą prędkość, skoro Bert został daleko w tyle.

Wypoczynek przewidziany był na położonej stosunkowo niedaleko wyspie Sarnaki. Zostawiliśmy na brzegu kajaki i po obowiązkowej zmianie odzieży - mokre rzeczy jak zwykle zostały rozwieszone na krzakach - ruszyliśmy na zwiedzanie. Wyspa także była niezamieszkała - wędrując brzegiem po kamienistej plaży weszliśmy do opuszczonej w 1973 roku wsi, znakomicie zachowanej, o którą ktoś chyba dba, sądząc z jej stanu. Chaty, kryte słomianą strzechą, żuraw nad studnią, szary Bałtyk widziany z podwórka - wszystko sprawiało raczej idylliczne wrażenie. Wschodnia część wyspy była mocno podmokła. Brnęliśmy ostrożnie przez zalane łąki, dopiero w nieco wyżej położonym lasku było sucho.

Po zakończeniu spaceru po wyspie szybko dopłynęliśmy do małego portu Heltermaa położonego na wyspie Hiiumaa. W małej restauracyjce zjedliśmy obiad i dalej w drogę, na wyspę Harilaid, gdzie przewidziany był nocleg. Z portu właśnie wypływał prom łączący wyspę ze stałym lądem i chwilę płynęliśmy tuz za nim. Zestawienie rozmiarów naszych obiektów pływających robiło co najmniej osobliwe wrażenie...

Tego popołudnia czekała nas ciężka walka z falami. Pogoda była piękna, ale niewiele widziałam - głównie szare "góry wody" z białymi grzywami na szczycie. Mniej więcej co trzecia z tych gór zwalała mi się dosłownie na głowę. Dotarliśmy wreszcie na malutką wysepkę Harilaid - zostawiliśmy na brzegu kajaki i szybko udaliśmy się na poszukiwanie jakiegoś w miarę osłoniętego miejsca, bo wiało naprawdę mocno. Wyspa miała kształt półksiężyca, przy czym jeden z jego końców był bardzo daleko i zarazem malowniczo wysunięty w głąb morza. Na drugim końcu wyspy stała latarnia morska, kilka opuszczonych zabudowań z napisami w języku rosyjskim, a całości dopełniała zardzewiała wieża obserwacyjna oraz resztki czegoś w rodzaju mola, widoczne z drugiego brzegu wyspy. Wśród gęsto rosnących wysokich jałowców doskonale chroniących przed silnym wiatrem znaleźliśmy też miejsce na dwa namioty - tylko tu można było cos ugotować. Weszliśmy na wieżę obserwacyjną, co było przedsięwzięciem dość śmiałym, zważywszy jej stan oraz warunki pogodowe i zrobiliśmy parę zdjęć. Bert, patrząc na morze stwierdził, że przybyliśmy we właściwym momencie. A wieczorem przy kolacji dowiedzieliśmy się, że Sowieci mieli tu dobrze zaopatrzoną bazę wojskową - podobnie jak i na innych wyspach. Po rozpadzie Związku Radzieckiego wojsko opuściło bazy, pozostawiając przeróżne budowle, bunkry, umocnienia, a także działa, które - może na szczęście - ani razu nie zostały użyte.

Rano - piękna pogoda i tylko niewielki wiatr, co już było regułą: w ciągu dnia wiatr wzmagał się, aby znów osłabnąć po d wieczór. Przed śniadaniem poszłam na długi spacer wzdłuż brzegu docierając aż na kraniec daleko wysuniętego półwyspu. Na wąskiej, kamienistej plaży oprócz belek, cegieł itp. można było znaleźć nawet fragmenty wojskowych butów - zapewne pozostałości jedynej armii, jaka tu kiedykolwiek gościła.

Dziś mieliśmy w planach dopłynięcie na niedaleką, widoczną z brzegu, czwartą co do wielkości wyspę Estonii: Vormsi. W pensjonacie, położonym zaraz przy plaży czekała na nas zmiana środka lokomocji: przesiedliśmy się na rowery. Dobra asfaltową drogą szybko zwiedziliśmy zachodnią część wyspy: miasteczko Hullo, Borby i Saxby. Ogromne sosny, piaszczyste plaże, kościółki obronne o grubych murach, lasy i szaroniebieski Bałtyk, widoczny niemal z każdego miejsca, schludne gospodarstwa agroturystyczne - ta wyspa zrobiła na nas naprawdę miłe wrażenie. Na koniec zjedliśmy obiad w małej restauracyjce i zwiedziliśmy maleńkie prywatne muzeum etnograficzne.

I dalej w drogę: oddaliśmy rowery i ruszyliśmy płynąc wzdłuż brzegu wyspy, obserwując ogromne ilości ptactwa wodnego, głównie kaczek różnego gatunku, a wreszcie łabędzi, zebranych w ogromne stada. Wyciągnęłam ostrożnie aparat, co nie było łatwe, jako że był schowany w głębi kajaka pod fartuchem i czekałam na moment poderwania się ptaków do lotu. Ku naszemu zdumieniu nic takiego nie nastąpiło: łabędzie płynęły spokojnie i tylko niektóre próbowały poderwać się do lotu. I wówczas zrozumieliśmy: ptaki były w okresie pierzenia, trwającym latem ok. dwóch, trzech tygodni. Za to mogliśmy przez lornetkę zobaczyć foki, wygrzewające się na słońcu na płaskich kamieniach. Owe kamienie były przyczyną utrapienia: należało bacznie na nie uważać, bo często były tuz pod powierzchnią wody. Zmierzaliśmy w kierunku niewielkiej wysepki, która wydawała się być znakomitym miejscem noclegowym. Niestety, była zupełnie niedostępna: szeroki, gęsty pas trzcin uniemożliwiał dotarcie do brzegu. Nie pozostawało nam nic innego, jak wylądować nieco dalej, na plaży "stałego lądu", w pobliżu widocznej z daleka latarni morskiej. Oznaczało to przede wszystkim inwazję komarów, o istnieniu których na wyspach zupełnie zapomnieliśmy.... Za to właśnie tutaj codzienny zachód słońca był chyba najpiękniejszy.

Ponieważ wiosłowanie szło nam nadzwyczaj dobrze - Bert szacował, że codziennie pokonywaliśmy odcinki liczące ok. 20 km, postanowiliśmy dotrzeć do najdalej na północ wysuniętej wyspy Osmussar. Wyspa ta oddalona była od naszego obecnego miejsca noclegu o ok. 37 km, toteż planowaliśmy dotrzeć do niej w przeciągu dwóch dni. Czyli kolejny nocleg znów miał wypaść na stałym lądzie, bo akurat na tym odcinku nie ma wysp. Ale Bert, który potrafił używać swojej komórki w najbardziej nieprawdopodobnych momentach, co niesłychanie gorszyło mojego partnera, dowiedział się właśnie, że zbliża się załamanie pogody. Cały odcinek należało więc zrobić w jeden dzień.... Czy dasz radę? - w pytaniu Soenke, mojego partnera nie było słychać troski o moją kondycję, tylko raczej niepokój o szczęśliwy finał wyprawy. No, to zobaczymy, czy dam radę - pomyślałam, wsiadłam do kajaka i Bert szybko został w tyle.... I to właśnie Soenke zarządził przerwę po kilku godzinach. Po raz pierwszy na horyzoncie po naszej lewej stronie nie było widać śladów żadnego lądu, tylko bezkresne morze. Po kilku godzinach wylądowaliśmy w małym porcie rybackim Dirhani położonym na stałym lądzie - tu oświadczyłam, że nie idę do żadnego sklepu, tylko zostaję na plaży - piaszczystej, położonej koło sosnowego lasu - nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności. W końcu byłam NAD MORZEM... Bert i Soenke udali się do sklepu, a ja drzemałam kołysana szumem fal...

Krótki posiłek - i w dalszą drogę. Po kilkunastu minutach na horyzoncie można było zobaczyć coś, co przypominało latarnię morską wyspy Osmussar, co wcale nie oznaczało, że koniec podrózy jest blisko. Mnie wydawało się, że wyspa się oddala... Kiedy już wreszcie mogliśmy ją oglądać w całej rozciągłości płynąc ostrożnie między olbrzymimi głazami, na których siedziały stada kormoranów i kaczek, Bert oświadczył, że musimy dotrzeć na jej najdalej wysunięty kraniec, bo w czasie weekendu przypływa dużo turystów i tłok panuje właśnie na krańcu położonym najbliżej lądu, dokąd dociera prom. Uff.... Fakt pokonania ca. 35 km dodawał mi jednak otuchy. Wylądowaliśmy na kamienistej plaży późnym popołudniem, w promieniach słońca znajdującego się tuz nad horyzontem. Było tak pięknie, że pierwsze, co zrobiłam, mimo naprawdę ogromnego zmęczenia, to wyjęłam aparat fotograficzny i pstrykałam, pstrykałam.... Nocleg nie zapowiadał się obiecująco, zważywszy fakt, ze namioty rozbiliśmy na kamienistej plaży. Za to jaki widok... Trudno, coś za coś. Jeszcze tego samego wieczoru dotarliśmy pieszo na przeciwległy koniec wyspy, gdzie sympatyczna młoda dziewczyna oczekiwała na grupę entuzjastów z założonej przez siebie fundacji, której celem jest właśnie dbanie o porzuconą przez Armię Czerwona wyspę Osmussar. Jak się okazało następnego dnia, jest w tym względzie sporo do zrobienia. Obiecywane załamanie pogody jakoś nie nadchodziło, następnego dnia ruszyliśmy na zwiedzanie wysepki. Jest ona zamieszkała przez małżeństwo zajmujące się hodowlą owiec - ich stado liczy ok. 200 sztuk i często odwiedzana przez turystów. Kiedyś na wyspie mieszkali Szwedzi - jedyny ślad ich bytności to ruiny kościółka i opuszczony cmentarzyk. Podobnie jak inne wyspa ta była w okresie przynależności Estonii do Związku Radzieckiego bazą wojskową - ślady tego były tu aż nazbyt widoczne. Obejrzeliśmy resztki wojskowych budowli, oraz częściowo zniszczone olbrzymie działo - Rosjanie próbowali je wysadzić w powietrze, należało więc zachować ostrożność i wykorzystując zardzewiałe chwyty oraz fragmenty przeróżnego rodzaju żelastwa zejść do obszernych bunkrów. Widok niesamowity: jakieś sprzęty, szafki, piętrowe łóżka, a wszystko pokryte rdzą, która zastygła w formie ogromnych, brunatnych sopli. Całość robi wrażenie dość przygnębiające i ani Bert, ani ja nie mamy ochoty zwiedzać podobnych bunkrów położonych niedaleko. Spacerując po wyspie odkrywamy na jej północnym brzegu ogromny kuter rybacki - wyrzucony przez fale w czasie sztormu na brzegu, został po prostu złamany wpół.... Jak się dowiadujemy, radziecka załoga kutra mocno nadużyła alkoholu i chyba nie doceniła siły fal. Dziś zardzewiały wrak robi niesamowite wrażenie.

A następnego dnia - oczekiwane załamanie pogody jakoś nie nadchodziło - ruszyliśmy pomóc entuzjastom wyspy przybyłym ze stałego lądu - należało oczyścić otoczenie pozostałości dział z otaczających je gęstych krzaków, które w międzyczasie rozpleniły się tak, że do bunkrów trudno było się przedrzeć, a stanowią one swego rodzaju atrakcję turystyczną. Ścinanie i palenie gałęzi zajęło nam dobrych parę godzin.

A następnego dnia żegnaliśmy wyspę... Wiał dość mocny wiatr z północnego wschodu i wiosłowanie było mocno utrudnione. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu z zamiarem dotarcia na plażę między miejscowościami Spithami a Ranaküla. Byliśmy z Soenke lepsi: Bert popłynął za bardzo w prawo i mocny wiatr zepchnął go dość daleko w morze. W efekcie tego przypłynął nieco później, kiedy my zdążyliśmy już wyciągnąć kajak i przywitać Erica, drugiego przewodnika, który przyjechał po nas samochodem... Załadowaliśmy kajaki na dach samochodu i... zrobiło nam się żal, że to już koniec. Za dwie godziny mieliśmy znaleźć się z powrotem w Tallinnie... Bert z dumą oświadczył, że w ciągu pięciu dni pokonaliśmy ok. 150 km...

A słowa: tee midagi erilist! znaczą: przeżyj coś wyjątkowego!

Galeria zdjęć

 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl