kategoria: szlaki / zagranica


Albania 2005

Bartosz Sawicki, bartek@kajak.org.pl, luty 2006.

Spis treści: wstęp, dziennik wyprawy, opis rzek.

Albania przyciągnęła nas tajemniczością. Kraj w środku Europy, a tak mało znany - także od strony kajakowej. Wiedziałem o albańskich rzekach bardzo mało, dlatego też, gdy mój węgierski przyjaciel Jani zaproponował zorganizowanie wspólnego wyjazdu kajakowego do Albanii, od razu podchwyciłem temat.

Wyprawa od początku miała być międzynarodowa - trzon uczestników stanowili co prawda Polacy i Węgrzy, ale ogłoszenia o naborze pojawiły się na kilku europejskich portalach kajakowych. Miał to być intensywny wyjazd kajakowo-eksploracyjny. Żeby spełnić te założenia postanowiliśmy wynająć lokalnych przewodników, którzy będą ułatwiać wszystkie czynności związane z podróżowaniem w zupełnie nieznanym kraju. Trzeba szczerze przyznać, że bez pomocy Tibora i Gentiego nie udałoby się zobaczyć tak dużo w ciągu 6 dni.

Przygotowania organizacyjne rozpoczęły się już jesienią 2004. Telefony, mejle, spotkania w celu ustalenia wszystkich szczegółów trwały przez zimę i wiosnę. Przez listę uczestników przewinęło się wiele osób (Anglicy, Francuzi, Niemcy, Czesi), ale ostatecznie grupa kajakowa liczyła 7 Polaków, 4 Węgrów i 2 Belgów, czyli razem 13 kajakarzy.

Posumowując krótko wyjazd można napisać: wszystko udało się znakomicie! Wróciliśmy cali i pełni wspaniałych krajoznawczo-kajakowych przeżyć. Albania spełniła wszystkie pokładane w niej nadzieje, okazała się ostatnim dzikim krajem Europy.

Dziennik wyprawy

poniedziałek, 25.04.2005 -- jedziemy

Właściwie wyjazd zaczał się dzień wcześniej, bo połowa uczestników wyruszyła bezpośrednio po Kamiennej, czyli kultowych zawodach w kajakarstwie górskim. Ja ruszyłem z Warszawy dopiero w poniedziałek o 5:30. W Krakowie wsiedli jeszcze Łuki, Findżi i Bober i już bez dłuższych postojów pojechaliśmy na południe. Niestety wiekszość z 1500 km nie przebiega autostradami. Od granicy węgiersko-serbskiej coraz wolniej się jedzie. Cały dzień i noc mijają w samochodzie, zmieniamy się za kierownicą, bo kręcenie po górskich drogach Serbii jest bardzo męczące.

wtorek, 26.04.2005 -- Czarnogóra


Klasztor w Czarnogórze

Mijamy granicę pomiędzy Serbią, a Czarnogórą. Niby jeden kraj, a granica solidna, nawet waluty inne - taki to bałkański kocioł. Tuż przed miejscem spotkania z chłopakami, którzy wyjechali wcześniej, czeka na nas niespodzianka - oberwało się kilkaset metrów zbocza całkowicie przerywając główną drogę tranzytową Czarnogóry. Droga jest uszkodzona już od kilku dni, ciężarówki muszą czekać (będą tak stały conajmniej tydzień). Na szczęścię dla mniejszych samochodów policja zorganizowała objazd. Objazd - brzmi dobrze, ale był to chyba najtrudniejszy odcinek, który przejechałem samochodem. Trzy godziny kręcenia po mocno górskiej drodze, której już prawie nikt nie używa, nawet w Czarnogórze.

Wreszcie o 11:00 dojeżdzamy nad rzekę Moraca, gdzie spotykamy wyspanych i właśnie jedzących śniadania w lokajnej restauracyjce : Maciaska, Jacka, Malosza i Leszka. Polska część wyprawy jest już w komplecie - 7 osób, a o doświadczeniu kajakowym niech świadczy średnia wieku 40 lat.

Węgrzy z resztą ekipy mają dojechać dopiero wieczorem, a my zgodnie z planem chcemy wykorzystać ten dzień na wspólne rozpopływanie w Czarnogórze. Jacek znalazł rzekę, która idealnie leżała przy naszej trasie. Spłyneliśmy odcinek Moracy zwany wąwozem od końca kanionu Platje do Bioce. Był to niesamowicie wycięty kanion w znacznie szerszej dolinie. Takie dziwne ukształtowanie terenu to zasługa zlepieńców, czyli skał bardzo podatnych na erozje. Powoduje to, że kanion pogłębia się każdego roku.

Wieczorem okazuje się, że Węgrzy mają opóźnienie i przyjadą dopiero następnego dnia. Śpimy, więc na jakimś parkingu nieczynnej restauracji przed granicą albańską, z pięknym widokiem na gwiazdy - tak będzie od tej pory już co noc.

środa, 27.04.2005 -- pierwsze wrażenie

Poranek spędzamy w oczekiwaniu na Węgrów na opuszczonym parkingu 5 km przed granicą albańską, tuż nad jeziorem. Słowa opuszczony nie używam jednak w zupełnie potoczym znaczeniu. Tutaj dużo miejsc wygląda na opuszczone, jednak to trochę pozory, bo co chwila ktoś je odwiedza, a to kobiecina z osiołkiem po wodę, a to policjanci, a to jakieś podejrzanie wyglądające samochody.

Około 10 rano zjawia się węgierski konwój, na przodzie terenowy Nissan Patrol z Tiborem (Węgier mówiący po polsku, autor przewodnika po Albanii), Stevenem i Robertem (kajarze z zespołu Eskimo), a za nimi kupiony specjalnie na ten wyjazd wysłużony bus VW T2 Synchro (w środku wesoła ekipa Węgrów: Jani, Bonifac, Jozef i Satiro). Po serdecznym powitaniu, razem ruszamy do Albani.


Wjeżdzamy do Albanii

Warto opisać jedną z głównych dróg wjazdowych do tego kraju w całości otoczonego niedostępnymi górami i morzem. Przypomina ona drogę prowadzącą do lokalnego przejścia granicznego polsko-słowackiego w Jurgowie w Tatrach, tylko, że jest o połowę węższa, dwa razy bardziej pokręcona i dziurawa. Ruch samochodowy adekwatnie mały - raz na 15 minut przejedzie jakiś mercedes. Stare mercedesy to najpopularniejsza w Albanii marka samochodów.

Granicę pomiędzy Albanią i Czarnogórą stanowią trzy rozpadające się budyneczki i oczywiście obowiązowa 'dezynfekcja' polegająca na przejechaniu samochodem przez rów z błotem. Muszę pochwalić polskich dyplomatów, bo Polacy są jedną z kilku nacji na świecie, która jest zwolniona z części opłaty granicznej - swoją drogą to ciekawe skąd wzieły się te przywileje. Po godzinie rozmów (pogranicznikom się nudzi) wjeżdżamy do Albanii.

Pierwsze wrażenie zawsze zostaje najmocniej w pamięci: potwornie dziurawa droga, wzdłuż niej rowy pełne śmieci. Wszystko wygląda jak po wojnie, a skojarzenia militarne potęgują wszechobecne bunkry (podobno w Albani jest 600tys. bunkrów - to na prawdę widać!). Zabudowania zniszczone, albo nie do końca wybudowane - wszędzie bałagan. Jednak dzieciaki uśmiechają się do nas, a ludzie z zaciekawieniem patrzą na kolorowe kajaki na dachach samochodów.

Wjeżdżamy do największego miasta w północnej części kraju, do Szkodry (Shkoder). Rondo w samym centrum miasta to punkt spotkania z Gentim, naszym albańskim przewodnikiem kajakowym. Telefony komórkowe działają bez problemów, więc znajdujemy się szybko. Jeszcze tylko 'change money' u lokalnych biznesmenów i zakupy żywności, a potem przepakowujemy się na ciężarówkę, która wywiezie nas w góry.

Naszym celem jest dolina Szala (Shala) położona w sercu gór na północy Albanii. Dojazd do niej jest możliwy tylko latem, kiedy wąaka, gruntowa droga przyklejona do zbocza gór, nie jest pokryta śniegiem. Na szczęście w tym roku śniegi ustąpiły dwa tygodnie przed naszym przyjazdem. Jedziemy wolno podziwiając niesamowite, górskie widoki. Samochody kiwają się bez przerwy na dziurawej i kamienistej drodze. Zmrok zastaje nas na najwyższym punkcie trasy - przełęcz ma 1200 mnpm i leżą jeszcze zaspy śniegu. W końcu po 60km i 7 godzinach trzęsienia się na wybojach, zmęczeni dojeżdzamy do wioski Breg-Lumi. Biwak rozbijamy po ciemku na cetralnym placu wsi. Jani nakarmił nas słynnym, węgierskim gulaszem i zapadamy w sen.

czwartek, 28.04.2005 -- rzeka Szala

Budzimy się w pięknym słońcu otoczeni wianuszkiem zainteresowanych mężczyzn z wioski. Przewodnicy Genti i Tibor po albańsku wyjaśniają sytuację i atmosfera robi się bardzo przyjacielska: uściski, poklepywanie, wspólne zdjęcia na mule. Jeszcze tylko szybkie śniadanie i wyruszamy nad rzekę.

Rzeka doliny Szala ("Lumi I Shales", jak napisał mi jeden z tamtejszych górali), to prawdziwy górski potok. Woda jest krystalicznie czysta i mocno spieniona. Genti zaplanował odcinek zaczynający się trzy kilometry powyżej wsi. Twierdził, że już kiedyś spływał tutaj i czeka nas wąski kanion o trudności WW3-4. Jadąc oglądamy rzekę - wygląda to znacznie trudniej niż w zapowiedzi naszego przewodnika, wypatrujemy 500 metrowy odcinek WW5. Silniejsza część ekipy zaczyna powyżej tej sekcji, reszta ustawia asekurację, robi zdjęcia, filmuje.


Jacek na rzece Szala, WW5

Jest co filmować, bo odcinek jest na prawdę bardzo trudny (WW5-6-X). Mimo, że płyną tylko bardzo dobrzy kajarze, co chwila dochodzi do wywrotek, kabin, akcji ratunkowych. Wszystko to zajmuje dużo czasu, z pewnością trwało to kilka dobrych godzin. Bohaterem jednej z takich groźnych sytuacji był Genti, który gubi wiosło. Na szczeście nie ma poważniejszych wypadków.

Wszyscy schodzimy na wodę, gdy rzeka trochę się wypłaszcza, a trudność spada do WW3. Nie jesteśmy jeszcze zgraną grupą - problemy językowe, trudny teren powodują, że jest duży bałagan na brzegu i na wodzie. Jednak bez większych trudności dopływamy do wioski, w której nocowaliśmy. Genti proponuje spłynięcie jeszcze jednego krótkiego i łatwego kanionu, który ma miło zakończyć pierwszy dzień albańskiego pływania.

Chętnie zgadzamy się - wszyscy mają ochotę na pływanie. Niestety już początek kanionu pokazuje, że nie będzie tak przyjemnie. Rzeka jest bardzo trudna i praktycznie bez możliwości obniesienia. Jacek płynący z przodu zalicza niebezpieczną kabinę. Zbliża się wieczór i decydujemy wycofać się. Odwrót był w alpinistycznym stylu, bo rzeka zdążyła się już zagłębić w kilkudziesięciometrowy kanion. Wolno, ale bezpiecznie wyciągamy się wszyscy na górę i wracamy na piechotę do naszej wioski-bazy.

Wieczórne ognisko upływa przy narzekaniach na przewodnika Gentiego, który dzisiajszą rzeką mocno uszczuplił zaufanie do siebie. Przecież rolą przewodnika jest znać teren, a przynajmniej nie udawać, że się zna. Śpimy w opuszczonym, zrujnowanym domu, wynajętym od lokalnego notabla. Okazało się, że po środku wsi nie można było dalej biwakować.

piątek, 29.04.2005 -- przebite opony


Wyładowana kajakami ciężarówka

Rano pobudka i pakowanie całego sprzętu na ciężarówki. Wyruszamy w drogę powrotną do Szkodry. Już wiemy, że przed nami 7 godzin jazdy po wybojach, jednak tym razem chcemy sobie zrobić przerwę i spłynąć odcinek rzeki w dolinie Kir. Nasza droga przebiegać będzie na długim odcinku wzdłuż tej rzeki.

Jednak zaczynają się problemy: po kilku godzinach jazdy nasza albańska ciężarówka łapie gumę, kierowca sprawnie wymienia koło. Niestety po godzinie okazuje się, że w następnym kole nie ma powietrza. Pech ! Wyglada na to, że cały dzień mamy stracony. Nasza droga jest bardzo mało uczęszczana, średnio raz na godzinę mijamy wyładowaną po brzegi zwierzętami, towarami lub ludźmi ciężarówkę. Jednak szczęście się do nas uśmiecha, bo niedaleko za nami jechał pusty mikrobus. Przesiadamy się i w ten sposób dojeżdżamy na początek odcinka planowanego do spłynięcia.

Nie będę pisał co Genti mówił zapowiadając odcinek dolnego Kiru, ponieważ nic z jego opowieści się nie sprawdziło. Rzeka była łatwa WW1-2, z dwoma miejscami WW5-6. Dodatkowo na brzegach zaczeły pojawiać się góry śmieci z okolicznych wsi. Pływanie skończyliśmy więc wcześniej, bo chyba nie było wsród nas zadowolonej osoby. Genti natomiast stracił resztki zaufania jako przewodnik.

Już po ciemku dojeżdżamy do Szkodry. Wieczorny spacer po mieście w poszukiwaniu baru z piwem mocno zapadł mi w pamięć: kompletnie wyludnione ulice, cisza i wielka dziura na środku ulicy w miejscu, gdzie ktoś ukradł pokrywę od studzienki kanalizacyjnej. Śpimy na betonowej podłodze w niedokończonym domu naszego kierowcy.

sobota, 30.04.2005 -- kanion Ossum


Przepiękny kanion rzeki Ossum

Poranna toaleta przebiegała dosyć nietypowo, bo co prawda nasza noclegownia miała elegancko wykończoną w kafelkach łazienkę, ale nie zamontowano do niej żadnych drzwi. Na szczęście towarzystwo było w 100% męskie, więc mimo braku prywatności wszyscy skorzystali z luksusu kąpieli.

Po zbudowaniu misternej konstrukcji z 9 kajaków na bagażniku dachowym mikrobusa rozpoczeliśmy podróż na południe, w kierunku nowych, zachwalanych przez Gentiego rzek.

Stan dróg w centrum kraju znacznie się poprawił, zdażały się nawet odcinki dwupasmowe ze świeżo położonym asfaltem. Jazda mijała nam na śledzeniu krajobrazu przez okno i liczeniu kolejnych zgrupowań bunkrów. Ich charakterystyczne betonowe kopuły można zobaczyć najrozmaitszych rozmiarach, kształtach, rozrzucone najczęściej bez większego ładu na pagórkach otaczających drogę - są ich tysiące. W ten sposób przejeżdżamy 250 kilometrów.

Dopiero około piątej po południu dojeżdżamy nad rzekę Ossum. Genti zapewnia, że tym razem będzie łatwo, ale bardzo ładnie. Z poważnymi obawami wpływamy do głębokiego na conajmniej 100 metrów kanionu.

Rzeka jest rzeczywiście przepiękna. Z pionowych brzegów wąwozu raz po raz spadają do rzeki małe wodospady. Do skał przyklejone są pojedyńcze drzewa powyginane w bajkowe kształty, a wszystko to oświetla ciepłe, popołudniowe słońce. Rzeka nie jest trudna (WW2), a więc spokojnie poświęcamy się kontemplowaniu piękna tego miejsca.

Kończymy na moście w miejscowości Cerovoda, gdzie też już czeka zamówiony na kolacje pieczony koziołek. Biesiada w małym hoteliku przeciąga się do późnych godzin nocnych - wino płynie strumieniami, świętujemy piękny kanion rzeki Ossum.

niedziela, 1.05.2005 -- miasto Berat


Ruiny XIII w. twierdzy w Berat

Pobudka o 6.30, bo plan dnia jest jak zwykle mocno napięty. Zaczynamy od zwiedzania jednej z "pereł" ziemi albańskiej, starożytnego miasta Berat. Spacerując pomiędzy charakterystycznymi białymi domami wspinamy się na zamkowe wzgórze, gdzie oglądamy ruiny z XIII wieku. Jest to jedna z głównych atrakcji turystycznych Albanii, ale spotykamy tylko kilku albańskich turystów. Znajdujemy jedno stoisko z pamiątkami, których wygląd świadczy, że muszą czekać na klienta już od wielu lat. Warto wspomnieć, że mieszkańcy Beratu szykowali się właśnie do festynu z okazji święta pracy na środku wzgórza zamkowego.

Po zakończeniu części kulturalnej wsiadamy w samochód i przez 4 godziny objeżdżamy góry, tak aby dostać się nad rzekę Devoll. Patrząc na mapę zobaczymy, że rzeki Ossum i Devoll są bardzo blisko siebie jednak, droga łącząca obie doliny jest w bardzo złym stanie, dlatego konieczny jest wielogodzinny objazd.

Devoll to rzeka zupełnie inna niż Szala, czy Ossum - niesie zimną, nieprzezroczystą wodę z topniejących śniegów. Brzegi tworzą miękkie, kruszące się skały, co powoduje, że rzeka płynie równo i szybko. Tylko jedno miejsce wymaga inspekcji z brzegu: szachownica wielkich skał zakończona syfonem przy lewym brzegu wygląda bardzo niemiło, jednak wszystkim udaje się pokonać trudność. Pływanie kończymy późnym popołudniem, 6km niżej.

Wieczór przy ognisku upływa na pożegnaniach i rozliczeniach, bo to ostatni wspólny nocleg całego zespołu. Jutro, my, Polacy zaczynamy wracać do domu, a reszta ekipy będzie jeszcze kilka dni jeździła po Albanii.

poniedziałek, 2.05.2005 -- rzeka Devoll


Rzeka Devoll

Przed wyruszeniem w długą drogę powrotną mamy w planach spłynięcie drugiego odcinka Devoll, poniżej miejsca, gdzie skończyliśmy pływać wczoraj. Sprawnie, bo już o 10:30 jesteśmy na wodzie.

Grupa jest już rozpływana i dobrze zgrana, a więc trudności WW 3-4 (4+) nie przysparzają problemów, a dostarczają dużo radości. Płyniemy szybko, przeskakując fale i omijając odwoje. Po około 3 km rzeka wpływa w 10 metrowej wysokości kanion, ale trudności nie przekraczają WW 4+. Drogę płynięcia można ocenić nie wysiadając z kajaka i często jest to jedyne rozwiązanie, bo wyjście z kanionu byłoby trudne. Za kanionem trudność rzeki spada, co powoduje, że odpoczywamy poświęcając więcej uwagi pięknemu górskiemu krajobrazowi. Pływanie kończymy przy wykutych w skale magazynach wojskowych.

To już koniec kajakowej przygody, trzeba wracać, bo do domu bardzo daleko. O godzinie 13:00 wsiadamy w objuczony sprzętem samochód i ruszamy na północ. Po drodze przejeżdzamy przez Tiranę (szkoda, że nie mamy czasu na zatrzymanie się w stolicy). Wieczorem dojeżdzamy do Szkodry, przeładowujemy się w nasze samochody i dalej jedziemy bez dłuższych przerw w kierunku Polski.

wtorek, 3.05.2005 -- jedziemy ...

Jedziemy, jedziemy, jedziemy i .... o 10:00 jesteśmy na Węgrzech, a około 22:00 szczęśliwie dojeżdżamy z Jackiem do Warszawy.

Opis albańskich rzek

Szala (Shala) - piękna rzeka o krystalicznie czystej wodzie - prawdziwe marzenie kajakarza. Tym ciekawsza, że wszystko wskazuje na to, że nikt wcześniej jej nie spłynął. Nasz odcinek obejmował okolice wioski (N42.30415, E19.79708), do której prowadzi jedyna droga. Zaczynając 3km powyżej miejscowości: 1km WW5-6(X), 3 km WW2-3-4, 500m kanion WW5-6-X, 500m WW4, most. Wciąż niezbadany kajakowo jest odcinek 15km od mostu w dół Szali, aż do ujścia do wielkiego jeziora zaporowego na rzece Drin (w tym terenie nie ma żadnej drogi).

Kir - rzeka podobna do Szali, która po wypłynięciu z gór przepływa przez Szkoder (Shkoder). Pływany odcinek był w zamieszkałej już części doliny, poniżej kanionu WW5-6(X). 5km WW1-2(5-6). Warto zwrócić uwagę na wyższe odcinki Kiru, które z drogi wyglądały bardzo zachęcająco (WW 3-4).

Ossum - kanion tej rzeki, powyżej miejscowości Cerovoda, to jedno z najpiękniejszych kajakowych miejsc, jakie znam. 7 km płyniecia w pięknym wąwozie o pionowych ścianach wysokości ok. 100metrów. Trudność rzeki WW2. Łatwo znaleźć miejsce zejścia na wodę: jadąc w górę od Cerovoda mamy kanion po prawej stonie. Jak tylko kanion się skończy można zaczynać pływanie.

Devoll - to jedna z większych rzek południowej Albanii. Interesujące dla kajakarzy górskich odcinki znajdują się powyżej miejscowości Gramsh i wyschniętego jeziora zaporowego. Spłynięty odcinek zaczynał się w punkcie (N40.69060, E20.44980, jednocześnie jest to dobre miejsce na biwak). Następne 6km to szybko płynące 20m3/s mętnej wody WW3(4). Jeden niebezpieczny moment z wielkimi głazami i syfonem po lewej stronie. Warto zaznaczyć sobie wcześniej punkt zakończenia tego odcinka, przed niespływalnymi miejscem (ruiny mostu). Drugi odcinek zaczynamy na moście poniżej miejsca niespływalnego. WW 3-4(4+), duże fale i odwoje czytelne z kajaka. Po 3km zaczyna się kanionik WW4+, a potem stopniowo rzeka robi się coraz łatwiejsza. Droga biegnie cały czas wzdłuż rzeki, a więc prawie w dowolnym momencie można zacząć lub przerwać płynięcie.

 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl