kategoria: szlaki / Polska


150000 POCIĄGNIĘĆ WIOSŁEM I 25 MOSTÓW

czyli
"SPŁYW PRZYJAŹNI" Wisła Kraków - Warszawa

 

Kilometraż Wisły
Zdjęcia ze spływu

DRAMATIS PERSONAE:
UCZESTNICY WYPRAWY

  • Joanna "Rosso'mak" Ciepiela (AKTK Bystrze Kraków) - ochmistrzyni, szef kuchni, doktor szkiełko, Wiedżma i Dama
  • Piotr "Brat Pit" Knyps (WAKK Habazie Warszawa) - nadworny fotograf, logistyk, trener, konstruktor biwakowy
  • Marcin "Martzin" Knyps (WAKK Habazie Warszawa) - główny ogniowy, naczelny sprzętowiec, suszyciel butów, Gentelman

WYSĄPILI "ZAOCZNIE"

  • Basia Niedźwiedzka (WAKK Habazie)- transport sprzętu pływającego z Warszy do Kraka
  • Topik (AKTK Bystrze) - transport ludzi i sprzętu z Wrocławskiej 60 nad Wisłę z przystankiem w magazynie
  • Mama Braci Knyps (niezrzeszona) - pyszne pierogi 3.05.2007 po spływie (mniam)

PRZYGOTOWANIA
...W PRZYGOTOWANIU JESZCZE...


27.04.2007 DZIEŃ PIERWSZY

Kraków (ujście Rudawy) [75,5 km] - przed ujściem Dunajca [157 km]: 81,5 km
 
"TEMPO MAMY NIEZŁE ALE NIE MAMY JUŻ NADGARSTKÓW"

WawelNo to start! Wyruszamy nad Wisłę wstępując po drodze do magazynu AKTK Bystrze. Wiezie nas Miłościwie Nam Panujący Prezes Topik (dzięki wielkie Topiku!!!). Z magazynu zabieramy, przywiezione tam wcześniej przez Basię Niedźwiedzką (stokrotne dzięki Basiu!!!) kajaki: Prion Cruiser i nasz "Błękitny Orzeł" czyli Klepper Hellas - dzielny staruszek składak. Bagaży mamy sporo: 2 kajaki, trzy wiosła, rzeczy osobiste, a także jedzenie i picie na najbliższe trzy dni. W ilości "zbędnych" rzeczy przoduje Rosomak.
Nad Wisłą, na ul. Flisackiej, wypakowujemy cały nasz kram z Topikowozu i żegnamy się z prezesem (umiarkowanie wylewnie;). Chłopaki zabierają się za składanie Blue Oldschoola a ja ruszam jeszcze po ostatnie zakupy.
O 10:40 wszystko jest gotowe i schodzimy na wodę. Przez Kraków płynie się dosyć mozolnie, Piotrek i Martzin śmieją się, że mieszkam "w mieście nad jeziorem";) Faktycznie, woda stojąca i z nikąd pomocy. Płyniemy i podziwiamy. Bardzo fajnie prezentują się krakowskie budowle od strony wody. Na Wiśle, do stopnia Dąbie spotykamy jedynie kilku wioślarzy i tramwaj wodny. Na Dąbiu przeprawa przez śluzę. Płacimy 3,26 PLN od kajaka i dostajemy nawet bilety wstępu! Przy przeprawach przez śluzy warto pamiętać o kamizelkach asekuracyjnych, bez nich pan śluzik może nie zgodzić się na całą zabawę. Oczekując na otwarcie wrót robimy sporo zdjęć i zastanawiamy się kiedy zmieni się światło z czerwonego na zielone. Niestety nie doczekaliśmy się tego momentu, śluza stała przed nami otwarta. Po następnych kilku minutach oczekiwania w śluzie w końcu woda zaczęła opadać. Po 25 minutach od dopłynięcia, mogliśmy wypłynąć ok. 5 metrów poniżej i kontynuować wyprawę. Dalej mijamy elektrociepłownię Łęg i w oddali Hutę im. T. Sędzimira, więc mamy za sobą pierwszy, industrialny kawałek Wisły.
Bystrze w okolicach Niepołomic.Następnie śluza Przewóz - tak jak się spodziewaliśmy, jest nieczynna z powodu niskiego (145 cm) stanu wody. Dopływa się do niej lewą, malowniczą odnogą Wisły, wśród drzew. My niestety płyniemy powrotem na rzekę i dalej aż do elektrowni, gdzie czeka nas niezbyt przyjemna przenoska. Kiepskie miejsce do wysiadania z kajaka na lewym brzegu (chaszcze), na prawym jeszcze gorsze (ogrodzony teren elektrowni i wysoki brzeg). Lądujemy z lewej i przenosimy się za stopień i znajdujący się 100 m poniżej próg. Nie ryzykujemy spływania go - utworzony jest z betonowych, bezładnie porozrzucanych bloków, resztek zbrojenia i innych budowlanych śmieci. Trzeba uważać również przy przenoszeniu, bo na brzegu znajduje się dużo ostrych elementów zbrojenia. Dalej, aż do 125 km Wisła jest małą, 20 metrowej szerokości rzeczką, płynie się nieciekawie, nie widząc nic poza wałami przeciwpowodziowymi. Na 112 km, po lewej stronie mijamy port - widmo ze starymi, rdzewiejącymi barkami. Na 120 km dużo kamiennych płyt na środku rzeki, tworzy się fajne bystrze, które słychać już kilkaset metrów wcześniej. Przepływamy prawą stroną, lawirując między kamieniami, można też płynąc lewą - droga wolna.
Od tego miejsca rzeka poszerza się nawet do 150 m, a wokół wyrastają malownicze pagórki i skarpy. Po drodze spotykamy na brzegach dużo zwierzyny (sarny, lisy, bażanty) a z wody wyskakuje tuż przed kajakiem Marcina, wielgachna ryba (chyba szczupak ale mógł to również być tuńczyk;) Gdzieś na piaszczystej łasze, najpierw wyczuwamy a potem widzimy martwą świnkę (bleee). Od 140 km już nie widzimy czy brzegi są malownicze, czy nie bo zapada noc. Biwak rozbijamy przy czołówkach i świetle księżyca, na kamienistej plaży, na prawym brzegu, kilka kilometrów przed ujściem Dunajca. Generalnie cały odcinek dość łatwy, bez mielizn i przemiałów. Po drodze mija się dużo barek w różnym stopniu zdezelowania. Przydaje się znajomość znaków żeglugowych, których jest dużo, dobrze też jest oznaczony kilometraż (tabliczki na prawym brzegu)

 

28.04.2007 DZIEŃ DRUGI

Przed ujściem Dunajca [157 km] - Kępa Górecka 7 km przed Połańcem [213,5]: 56,5 km

"TOTO!? CHYBA JESTEŚMY JUŻ W KANSAS!"

Rzeka bardzo się poszerza, jest słabiej uregulowana i pojawiają się mielizny na środku. Nurt jest słabszy, ale woda czysta - myślimy nawet o kąpieli (która niestety dochodzi do skutku dopiero za kilka dni). Mijamy dużo piaszczystych plaż z fajnymi miejscami na biwaki. Zaraz za ujściem Dunajca mijamy pierwszy na trasie prom górnolinowy. Od tej chwili będą nam towarzyszyły wielokrotnie, urozmaicając płynięcie i stając się dodatkowymi punktami orientacyjnymi.
Zaopatrzenie uzupełniamy w Nowym Korczynie. Zatrzymujemy się na lewym brzegu, przy promie. Do miasteczka jest 1,5 km, w rynku dużo sklepów i bankomat.
Po drodze spotykamy zaskrońca przekraczającego Wisłę, bobra i mnóstwo żab na brzegach. Za Nowym Korczynem robimy roszadę w kajakach, bo na Cruiserze niestety zostaję w tyle. Później płyniemy już bez przeszkód aż do wieczora. Nadal panuje ładna pogoda, ale pojawiają się pierwsze oznaki nadchodzącej zmiany, a na wodzie zaczyna wiać wiatr. Na biwak wybieramy rozległą, piaszczystą plażę, na prawym brzegu, kawałek przed Połańcem. Rozbijamy obóz o zmroku, dopingowani przez podchmieloną, połaniecką młodzież z drugiego brzegu. Wieczorem mamy prawdziwą ucztę: szaszłyki z sosem czosnkowym i kurczak.
Idziemy spać, lecz nie na długo zmrużyliśmy oczy. W przeciągu kilku minut zrywa się mocny wiatr i rozdmuchuje resztki ogniska. W nocy budzi nas donośny łopot naszej wiatki - nadciąga burza. Konieczne staje się przysypanie piachem całej plandeki dookoła. Za chwilę uderza tajfun ;) Wieje jak diabli, deszcz zacina poziomo. Leżymy cichutko, udając, że nas nie ma i każdy trzyma kawałek plandeki żeby jej nie porwało. Burza wściekle szarpie naszym domem, nie ma mowy o spaniu. Po godzinie trochę się uspokaja i zasypiamy w przemoczonych śpiworach. Tej nocy burza doświadcza nas raz jeszcze ale już nie tak dotkliwie.

 

29.04.2007 DZIEŃ TRZECI

Kępa Górecka 7 km przed Połańcem [213,5] - Zawichost [287,5 km]: 74 km

Wychodzimy spod wiaty dopiero gdy pierwsze promienie słońca przebijają się przez chmury. Rozwieszamy mokre śpiwory do suszenia, zbieramy rzeczy pozostawione na pastwę losu poprzedniego wieczoru, gdy nadeszła burza i niemrawo zabieramy się za śniadanie. Płyniemy do Połańca, kierujemy się na kominy elektrowni, które widzieliśmy już poprzedniego dnia. Rzeka rozlewa się szeroko, na brzegach lasy. Zaczyna wiać silny wiatr z pn.-wsch.  Po kilku kilometrach wyłania się przed nami wielki budynek elektrowni, koło którego powoli przepływamy. Na brzegach widoczne są ostrzeżenia i znaki nawigacyjne. Po minięciu największej hali elektrowni pod koniec betonowego wysokiego nadbrzeża znajduje się sztuczny próg spiętrzający, za którym tworzy się silny odwój na całej szerokości rzeki. (z lewej wygląda na słabszy, ale pionowe obmurowanie brzegu całkowicie uniemożliwia rozstawienie asekuracji)
Próg jest dobrze oznakowany już przed elektrownią, ale zachowując ostrożność można podpłynąć dosyć blisko niego wzdłuż prawego brzegu. Przy obecnym stanie wody jest absolutnie niespływalny więc przenosimy się prawą stroną. Do Tarnobrzega dopływamy walcząc z bardzo silnym wiatrem i falą, zmarznięci na kość i przemoczeni. Zatrzymujemy się przed promem po prawej stronie. Ja gotuję zupę a chłopaki idą do sklepu (Pasiok! - dzięki za info!!!), który jest obok na osiedlu na skarpie (czynne 7 dni w tyg.). Na lądzie panują dużo przyjemniejsze warunki, nie ma wiatru, który podrywa krople wody, słońce przygrzewa. Jemy, ubieramy się cieplej i płyniemy dalej.
Wieczorem mijamy Sandomierz, który pięknie prezentuje się z wody. Nie mamy czasu aby wyjść na ląd i zwiedzić miasto, więc fotograf ustawia kajaki i robi pamiątkowe zdjęcia z wody. Mijamy most drogowy w Sandomierzu i przez kilka kilometrów płyniemy szerokim odcinkiem kierując się na następny most, tym razem kolejowy. Na środku rzeki mijamy zakotwiczoną pogłębiarkę i barkę. Po lewej wyrastają malownicze Góry Pieprzowe. Powoli zapada zmrok, lecz nie myślimy aby odpuścić wiosłowanie, bo dopiero teraz ustal wiatr. Płyniemy po lustrze wody, w którym odbijają się dopiero co zazielenione drzewa. W końcu dopływamy do upragnionego ujścia San i rzeka poszerza się dwukrotnie. Ostatni odcinek płyniemy już po ciemku w kierunku tajemniczej łuny na horyzoncie. Okazuje się, że płoną nadbrzeżne łozy. Piekielny widok. W końcu, mocno już zmarznięci najdujemy "nasz kawałek ziemi" pod pięknie oświetlonym Zawichostem i lądujemy na małej, piaszczystej wysepce - nie ma więcej niż 50 m2. Po drewno musimy przeprawić się przez 4 metrowy kanałek. Jemy kiełbaski z ogniska i padamy do spania.

 

30.04.2007 DZIEŃ CZWARTY

Zawichost [287,5] - Solec [335 km]: 47,5 km

Rano Marcin podnosi morale grupy pysznym kakao do śniadania J. Płyniemy między wysepkami i mieliznami do Zawichostu. Zatrzymujemy się przy promie dolnolinowym i idziemy uzupełnić zakupy. (PRAGNĘ KUPIĆ CZAPKĘ! NAJLEPIEJ Z LISA!) W miasteczku dużo sklepów, apteka i bankomat. Samo miasteczko bardzo ładne, z 1148 r. Nad rzeką dwa kościoły, jeden z absydą z XI w, drugi z XIII (to właśnie je widzieliśmy oświetlone w nocy). Nad rzeką znajduje się piaskarnia, a na wodzie pracuje pogłębiarka. Przy niskim stanie spod lustra wody na środku rzeki mogą wyłonić się ruiny zamku, który bronił przeprawy przed wiekami. My ich niestety nie widzieliśmy. Płyniemy dalej, dużo mielizn i wysepek, bardzo szeroko. Wiatr się wzmaga i płynięcie staje się bardzo uciążliwe, wysoka fala przetacza się nam przez kajaki. Następnie kredowe wzgórza po prawej stronie zapowiadają bliski już Annopol, mijamy most a na horyzoncie kłębią się czarne chmury.Chyba nam doleje. Za Annopolem płynąc wraz z nurtem przeciskamy się pomiędzy niedużymi wysepkami. Zatrzymujemy się na chwilę w malutkiej wiosce Łopoczno na prawym, stromym brzegu, gdzie plądrujemy sklep i zmagamy się dalej z wiatrem i falą. Obrywamy w końcu lodowatym deszczem i czujemy się trochę jak na spływie zimowym. Mamy już dość płynięcia, ale za nami tylko 30 kilometrów. Nikt nie proponuje biwaku, choć z pewnością wszyscy o nim myślimy.
Wieczorem pogoda się poprawia i nadrabiamy kilometry. Mijamy połozoną na skarpie wieś Solec i kilka kilometrów dalej biwakujemy na wysokiej piaszczystej skarpie. Wieczorem wieje tak mocno, że przy ognisku buduję "wiatrochron" z karimaty żeby nam głów nie pourywało. Jemy zupkę cebulową i pierogi - lekko sklejone (czyli pierogową kulę;) Pijemy ogrzany przy ognisku NAPÓJ ZDROWIA, SZCZĘŚCIA, POMYŚLNOŚCI zawierający duże stęenie witamin, a Marcin rozpoczyna długotrwały, wielodniowy proces suszenia butów. Pomimo palenia wielkiego ogniska, przy tak silnym wietrze wcale nie jest nam cieplej.  

 

 

 

 

 

 

1.05.2007 DZIEŃ PIĄTY

Solec [335 km] - Dęblin [396 km]: 61 km

"O ZIMNIE TO MY MOŻEMY Z MARKIEM KAMIŃSKIM POROZMAWIAĆ"

"- WIECIE JAK MOGLIBY NAM POMÓC?
- ZRZUCAJĄC NAPALM!"

Rano ledwo mogę otworzyć oczy, spuchły, czy coś. Kończy nam się butla (camping gaz 300), od teraz wszystko gotujemy na ogniu. Dziś jest słońce, ale nadal wieje mocny wiatr. Mijamy widoczne w oddali, na lewym brzegu ruiny zamku w Janowcu i zbliżamy się do Kazimierza Dolnego. Mijamy prom dolnolinowy, z którego turyści robią wielkie oczy z wrażenia widząc nasze dwie łódki na środku Wisły. W miasteczku "parkujemy" kajaki na przystani wśród "łodzi wikingów" i różnej maści statków wycieczkowych.  Przebijamy się przez tłumy ludzi do miasta. Wyglądamy trochę jak cyrkowcy, z wiosłami i w kamizelkach pośród tych wystrojonych mas.
KUPUJĘ CZAPKĘ!!! Retro kapelutek cieplutki! Jemy obiad w knajpie, cudem znalazłszy wolny stolik (niestety na zewnątrz) i myjemy ręce w ciepłej wodzie. Kupujemy jeszcze kazimierzowskie koguty z ciasta i uciekamy od tego zgiełku.
Na wodzie duży ruch statków turystycznych. Dla zabicia czasu dokonujemy pomiaru ilości pociągnięć wiosłem na kilometr. Wartości nie zgadzają się, raz doliczam do 97, następnym razem doliczam do kilkuset i przerywam z powodu braku tabliczki kilometrażowej. Marcin obserwuje latające nad rzeka ptaki myśliwskie, czyli drapieżne. Pogoda płata nam kolejnego figla i prószy na nas śniegiem. Po 12 kilometrach mijamy stary kamieniołom na prawym brzegu i dopływamy do Puław. Można się tu zatrzymać przy  odnowionym nabrzeżu. Dwie przecznice dalej znajduje się supermarket. Obecnie w Puławach budowany jest drugi most, dlatego należy uważać na pracujące barki i inne statki, od których można się było wcześniej odzwyczaić.
Przed Dęblinem pojawiają się zadrzewione wysepki. Na jednej z nich, za mostami w Dęblinie rozbijamy obóz na wysokim brzegu, w krzakach. Dopływając do kępy na spotkanie wychodzi bóbr i widząc nas szybko zjeżdża do wody. Wieczorem przestaje wiać ale temperatura spada do -5 °C. Wszystko co mieliśmy mokre zamarza. A więc gąbka do klarowania kajaków, wory i kamizelki, składak! Idę spać ubrana we wszystko co mam i w kapelusz oczywiście też!

 

 

 

 

 

 

2.05.2007 DZIEŃ SZÓSTY

Dęblin [396 km] - Skurcza [446 km]: 50 km

Rano w dalszym ciągu flauta. Korzystamy z tego że nie wieje i się kąpiemy! Spływ zaliczony!!! Po śniadaniu łapiemy za wiosła mocno już sfatygowanymi dłońmi. Płyniemy między mieliznami i wysepkami. Trasa dosyć się dłuży. Siedzimy już którąś godzinę w łódkach a przepłyniętych kilometrów wcale nie przybywa. Z utęsknieniem wypatrujemy kolejnych tabliczek z numerami kilometrów. Cały czas zbliżamy się do kolejnej wielkiej elektrowni nad Wisłą - w Kozienicach. Wreszcie dopływamy do niej i możemy się przekonać o faktycznej wielkości budowli.
Ze względu na wolne dni majowego weekendu nasze zapasy żywności się wyczerpują i szukamy jakiegoś czynnego sklepu. Niestety w Kozienicach jest dosyć daleko do miasta. Płyniemy dalej zatrzymując się w większych miejscowościach, ale sklepów jak nie było tak nie ma.. Dopływa rzeczka Promnik. Kawałek dalej, przy letniskowej wiosce Tarnów wpływamy w małą odnogę Wisły, po prawej stronie. Jest wąziutko, dziko i bardzo pięknie. Zatrzymujemy się na zakupy ale, niestety spóźniliśmy się, sklep tylko do 17:00. W wiosce oglądamy kaplicę w budowie. Jest cała z drewna, kryta gontem aż do ziemi i ogrodzona płotem z . wielkich korzeni drzew! Potem idziemy do Rudy Tarnowskiej (2 km w górę Wisły) gdzie znajdujemy czynny sklep, w którym uzupełniamy zapasy i kupujemy pyszne piwko Konstancińskie (gorąco polecamy!!!)
Zmęczeni znajdujemy zaciszną wysepkę na nocleg kilka kilometrów dalej. Piotrek buduje kuchenkę z wielkiego pniaka, na której się super gotuje, Marcin zapewnia nam rozrywkę w postaci spektaklu "suszenie butów c.d". W nocy straszą nas trochę piekielne odgłosy walczących dzikich zwierząt, ale przynajmniej jest cieplej niż wczoraj.

 

3.05.2007 DZIEŃ SIÓDMY

Skurcza [446 km] - Warszawa WKW [507 km]: 61 km

Wstajemy wcześnie rano i sprawnie zwijamy obóz. Obserwujemy przez chwilę dwie wydry bawiące się na płyciźnie i ruszamy do domu.
Mijamy dopływ Pilicy i w okolicy Miszewa spotykamy samotnego kajakarza na czerwonym Gumotex'ie (pozdrawiamy!). Płyniemy dalej omijając wielkie mielizny. Kawałek dalej, na wysokości Otwocka spotykamy kajakarza z grenlandzkim wiosełkiem, na własnoręcznie wykonanym kajaku "z noskiem" (pozdrawiamy!).
W Górze Kalwarii robimy ostatni dłuższy postój i płyniemy już w kierunku Pałacu Kultury i Nauki. Na brzegach tłumy składające się z wędkarzy, grillującuch rodzinek i . naturystów ;)
Tym odcinkiem Wisły, spłynęliśmy w zeszłym roku w październiku. Wtedy na wysokości Góry Kalwarii zapadł zmrok, teraz płyniemy za dnia i możemy obejrzeć ten odcinek rzeki. Na horyzoncie widzimy już skajlajn stolicy, przepływamy obok dobrze nam znanego betonowego nadbrzeża na Siekierkach i pod linią wysokiego napięcia. Od tego miejsca robimy sobie ostatnie pamiątkowe zdjęcia na tle mostu Siekierkowskiego i cieszymy się ostatnimi chwilami tej wyprawy. Dopływamy na WKW o 17:30 zmęczeni ale szczęśliwi.
Czyścimy kajaki, przepakowujemy wory, Marcin wyrzuca wysuszone już buty i jedziemy taksówką do domu. Jak się okazało Mercedesy to nie są dobre auta ;), wiosło Rosomaka zmieściło się ledwo ledwo, a kierowca nie wyglądał na szczególnie zadowolonego. Wieczorem jeszcze dyskutujemy o tym co można by udoskonalić podczas następnej wyprawy i gdzie miałaby się ona odbyć. W końcu usypiamy w suchych i ciepłych łóżkach.

 

4.05.2007

PO POŁUDNIU DOWIADUJEMY SIĘ O ŚMIERCI FIDA.
SZKODA ŻE JUŻ NIGDY RAZEM NIE POPŁYNIEMY.

 
 

Materiał pochodzi z serwisu
kajak.org.pl